Ognisko to bardzo ważna rzecz. Trudno też je przenieść w inne miejsce, kiedy płonie. Dlatego dokończę swoją opowieść w tym miejscu, bez względu na wszystko.
Wstajemy rano, a sąsiadów już nie ma. Wyjechali na dobre. Czyli nie ważne dla nich było, czy oddadzą mi sweter, czy nie. Są ludzie i parapety. Teraz wiem skąd się wzięła dziwna nazwa ludzi z pewnego miasta wojewódzkiego.
Jest upał, cholerny upał… Tylko ja mam ochotę się powłóczyć po górach. Reszta ma na myśli leżaczek, wodę i temu podobne przyjemności. Powiem tak, na jedynie słusznej mapie Bieszczadu w pewnym miejscu są zaznaczone skałki. Mam zamiar je odszukać. Dojeżdżam do małej szosy i jadę w lewo. Przed mostem skręcam w prawo i po kilkuset metrach się zatrzymuję. Wysiadam z karawanu jak do piekarnika jakiegoś. W sklepie/kiosku kupuję zimny nektar chmielowy. Jadę dalej. Przejeżdżam przez ten most, co kilka lat temu był zaspawany. Za mostem zostawiam karawan, wypijam nektar i dalej idę pieszo. Idę wzdłuż brzegu rzeki w dół jej biegu. Droga, jak droga. Widać, ze nie jest ona uczęszczana, bo pozarastana jest. Wypatruję ścieżki prowadzącej w prawo, pod górę. Jakoś jej nie widzę, a może i nie chcę jej znaleźć. Gorąco jest. W końcu znajduje coś na podobieństwo ścieżki. Idę tą drogą pod górę. Już wiem. W dupie mam jakieś skałki i podchodzenie pod górę, przedzieranie się przez krzaczory i inne takie. Gorąco mi! A oni /Renatka i reszta towarzystwa nad wodą/. Pogoda mnie pokonała. Przyznaję też bez bicia, specjalnie nie walczyłem z nią. Zawracam. Po jakimś czasie dochodzę do karawanu. Odpalam go, włączam wichurę i siadam pod drzewem w cieniu. Po kilku minutach wsiadam do zimnego wnętrza. W karawanie w końcu musi być chłodno, coby za szybko do rozkładu jakiegoś nie doszło. Powoli nie spiesząc się dojeżdżam do małej szosy. Już ochłonąłem i nie chce mi się tak szybko wracać do swoich. Skręcam w prawo. Jadę do miejsca gdzie nie ma chwilowo drogi. Jest za to objazd, z którego nie można korzystać. Co znaczy, nie można? Jak jest, to znaczy, że po coś go zrobili? Jadę. Droga wąska przez las. Po chwili znowu jestem na gorącym asfalcie. Dojeżdżam do dużej szosy. Skręcam do galerii. Krzysztof nazywając swoją Galerię nie przypuszczał, że będzie ona miała taka prezydencką nazwę. Prorok jakiś, czy co? Obejrzałem, co miałem obejrzeć, z Krzysztofem pogadałem chwilę i postanowiłem wracać. Śmiało wjeżdżam na objazd, a tu kicha. Chłopaki dłużyce ładują. Pytam się grzecznie jak długo będę czekał? Okazuje się, że nie wiadomo jak długo, ale na pewno długo. Gość jest uczynny tłumaczy mi objazd, który znam. Wracam, więc w stronę miejscowości o ciemnej nazwie. Po kilkuset metrach skręcam jednak w prawo w las. Droga wąska, ale przepiękna jest. Jadę bardzo powoli delektując się widokiem drogi i lasu. Przypominam sobie moja wczesno wiosenną wędrówka tą drogą. Zachęcam wszystkich do spaceru tamtędy. Cały czas w dół dojeżdżam w końcu do zabudowań. Jeszcze tylko skręt w prawo i po jakimś czasie wracam na asfalt. Powoli dojeżdżam do swoich. Kąpiel w jeziorze dobrze mi zrobiła. Piwko jeszcze lepiej. Dzwonię do Wojtka i umawiam się na spotkanie w najbliższym czasie w Diablogrodzie. Dzwonię do Marcina i umawiam się na spotkanie przy Synarewie. Wypijam piwko. I tak to minął mi kolejny dzień w Bieszczadzie.


Odpowiedz z cytatem