Przynajmniej w sierpniu było to jedyne sensowne miejsce, w którym można było dobrze zjeść. Pomijam kuchnię u naszych Gospodarzy. Raz u nich jedliśmy i było smaczne i jeszcze taniej. Problem polegał na tym, że pani Być chciała dzień wcześnieć znać godzinę posiłku. A kto to może wiedzieć, gdzie rzuci Bertranda dnia następnego???
pozdrawiam
bertrand236
Dzień 11
Słonecznie i ciepło. Po śniadaniu zarządzam wyjazd w dwa samochody. Jedziemy ogólnie rzecz biorąc na północny wschód. Po drodze cały czas po lewej stronie mamy tory kolejowe. W pierwszej większej miejscowości skręcamy w prawo i z niej wyjeżdżamy. Kawałek dalej rozpoczyna się wieś. Na wysokości cerkwi, która nadal pełni tę rolę zostawiamy jeden samochód i już karawanem jedziemy przez wieś. Domostwa są przy drodze, którą jedziemy i w dole po prawej stronie. Wieś się skończyła, a my jeszcze jedziemy. Już jednak niedaleko. Ilekroć tutaj byłem, albo z drugiej strony, zawsze zastanawiałem się, czy dałoby się karawanem przejechać? Z tamtej strony po betonowych płytach już na górę wyjeżdżałem. Tylko, co dalej? Czy podwozie karawanu to wytrzyma? W każdym razie dojechałem do takiego miejsca, skąd można wyruszyć już pieszo oznakowaną na niebiesko ścieżką. Idziemy w lewo, pod górę. Pniemy się mozolnie sapiąc i dysząc, a za nami widoczki piękne są. Przy granicy lasu robimy sobie odpoczynek podziwiając widoki. W lesie wydawałoby się, że będzie przyjemniej, ponieważ cień jest. Nic z tego. Nie ma wiatru i jest parno. Dochodzimy do wieży przekaźnikowej. Przy niej skręcamy w lewo i rozpoczynamy powolne zejście. Po kilku minutach wychodzimy z lasu i przystajemy. Przed sobą mamy imponujący widok zarówno na Beskid Niski jak i na zachodnią część Bieszczadów Zachodnich. Schodzimy łagodnie opadającym grzbietem, a widoki mamy na prawo, na lewo i przed siebie. Za siebie się nie oglądamy. Ścieżka prowadzi przed siebie, ale ja zabieram chrześniaka i odbijamy w prawo. Tam stoi ambona. Miejsce cudowne. Nie zabieram go do drugiej ambony, która jak pamiętam stoi nieopodal. Tęsknym wzrokiem spoglądam w prawo. Czy będzie mi dane tego wyjazdu odwiedzić pobliską dolinę? Chyba nie, ale co się odwlecze to nie uciecze. Przyspieszamy kroku i doganiamy naszą grupę. Z dala wyłania nam się widok na cerkiew, ale jeszcze kawał drogi do niej. Nie spiesząc się, rozmawiając i żartując sobie dochodzimy do miejsca, w którym jest cmentarz wojskowy/wojenny. Cmentarz, to bardzo duże słowo. Jest to miejsce o powierzchni około 4 m kwadratowych otoczone małym płotem. Za to na płocie znajdują się krzyże: greckokatolicki, prawosławny i rzymskokatolicki. Od cmentarza w dół prowadzi już polna droga. Nie idziemy nią do końca, tylko skręcamy w prawo. Dochodzimy do dwóch cmentarzy i cerkwi. Po raz kolejny żałuję, że nigdy jeszcze w niej nie byłem. Oznacza to jednak, że trzeba tutaj wrócić. Po chwili kuzyn zawozi mnie do karawanu. Wracamy do naszej grupy. Tutaj się rozdzielamy. Kuzyn z rodzinką jadą do Radoszyc,
bertrand236
Musi być bardzo sucho, wtedy powoli przejedziesz. Po deszczach nie ma się co pchać. Suma sumarum najgorszy (imho) jest króki odcinek od samej przełęczy do lasu (głębokie koleiny i "nigdy" nie wysychające kałuże, zrobione przez ciągniki) i potem kawałek w lesie (w zasadzie pierwszy ostry skręt w prawo, bo drogę przecina potok i teren jest podmokły). Potem zostanie łąka (dobrze żeby była skoszona lub choć droga "przetarta"), przejazd przez potok (płytki), krótki podjazd i zjazd centralnie na leśniczówkę droga polną. Spróbuj kiedyś to się dowiesz na 100% :)
Szanowny Panie Autorze za wspomnienie o kuchni pani Być powinieneś iść na stos.
Ja chcę pajdę domowego chleba z serem i swojskim mlekiem.
Buuu tylko jedną pajdkę.
Stołowałaś się tam? Nie za daleko miałaś?![]()
bertrand236
a my z Renatką do Moszczańca. W Moszczańcu skręcamy w lewo. Nie dają mi spokoju te dwa pomniki, które powinniśmy zobaczyć przedwczoraj. Jestem roztargniony, ale żeby pomnik przeoczyć? Albo ślad po nim? Cos mi tu nie grało, ale chodzić takie hektary ponownie też mi się już nie chciało. Mijamy dawny PGR i Zakład Karny. Dojeżdżam do leśniczówki. Tutaj kicha. Szlaban i leśniczy przy nim. Mówi, że dalej to nie wolno jechać. Zapytałem, czy skoro nie wolno, to może tak sobie przejadę? Nie wolno, nie szybko, ot tak. Podparłem się tym, że żonie chciałem pokazać Rezerwat, ale ona tam nie dojdzie. Od razu inna rozmowa. Oczywiście może pan jechać, ale tylko do następnego szlabanu. Dalej to już z buta trzeba. Już dziś nie pamiętam ile, ale kilka 2-3 może 4 kilometry podjechaliśmy. Zatrzymałem się przy szlabanie i poszliśmy pieszo. Jeszcze kawałek było. Cały czas w dół, drogą przez las. W pewnym momencie droga ostro skręciła w prawo i po kilkuset metrach wyprowadziła nas na jasielskie łąki. Aż przystanąłem zdumiony. Po prawej ręce miałem Pole Biwakowe. Wielkie, czyste i zadbane. Elegancja Francja. Jeszcze dziś jestem pod wrażeniem. Wiata, miejsce na ognisko, stoły, ławy. A za polem biwakowym stoi sobie śliczny jak malowanie Pomnik Wopistów. Okazało się, że, mapencja którą się posługiwałem przedwczoraj i dzisiaj była prawie dobra. Prawie czyni jednak różnicę. Zamienione zostały podpisy przy pomnikach. Ot i całe zamieszanie. Nie żałowałem, ze tu przyszedłem, pomimo wcześniejszego łażenia nad Turzańskiem. Znowu odkryłem piękne miejsce. Januszu! Jak mogłeś zwątpić we mnie? Myślałeś, ze się tak poddam bez walki? Jeżeli czegoś nie znajdę to rezygnuję. Chłopie! Ja chatkę z cieknącym dachem za czwartym razem dopiero znalazłem.Poczekaliśmy, aż Renatka odpocznie i wróciliśmy do karawanu. Po drodze do Komańczy zatrzymaliśmy się jeszcze nad stawem i zamówiliśmy obrazki u mieszkającego tam artysty. Potem już tylko wieczór w Komańczy.
bertrand236
"dosyć często rozważam co jest warte me życie?...tam na dole zostało wszystko to co cię męczy ,patrząc z góry w około - świat wydaje się lepszy.."
Pozdrawiam Janusz
Po chwili widzę dwa obejścia. Jedno całkiem, całkiem gotowe do przyjęcia gości i drugie spalone. Chyba jest to, to schronisko, co zostało podpalone. Przy jego nędznych resztkach kilka osób się kręci. Wchodzę na teren tego całego. Jakiś młody ciupie. Siekierą ciupie. Podchodzę i mówię mu Cześć. Odpowiedział Cześć i następnie po angielsku powiedział, że to jest tyle, co po polsku umie powiedzieć. Zapytałem się go skąd tu przyjechał, a on ku mojemu zdziwieniu, że z Australii. Boże myślę sobie, te tereny to popularne bardzo są wśród Australijczyków. Kilka lat temu z Jabolem spotkaliśmy dwójkę na rowerach. Na rowerach oni z Portugalii w Bieszczad przypedałowali. Po roku znowu byli w Bieszczadzie, bo się spotkaliśmy, ale wtedy byliśmy już umówieni. Teraz ten tutaj. Szok. Powiedział, ze w chałupie jest Monika. Zanim doszedłem do chałupy Monika przyniosła mi herbatę ze świeżo zbieranej mięty. Oni już sami są w tym miejscu kilka dni. Jak wypiłem herbatę chciałem się pożegnać, bo już mało czasu miałem. Nic z tego. Dostałem obiad. Po obiedzie nieładnie jest od razu wyjść, więc czas mijał na sympatycznej rozmowie. W końcu się zdecydowałem i pożegnałem się. Poszedłem wprost do furtki. Zamknąłem ją za sobą i ruszyłem ścieżką pod górę. Ani wysoka, ani stroma nie była, ale trochę czasu minęło zanim wszedłem na szczyt. A tam Jezusiczku! Jaki stamtąd widok piękny jest!. Siadłem sobie i patrzyłem. Cisza, góra, widoki i ja. Nie wiem, po jakim czasie się opamiętałem, ale sporo go minęło. Wstałem i schodzę tą samą drogą, co tu przyszedłem. Nagle widzę w oddali, ale na mojej ścieżce bydło z dużymi rogami. Od razu sobie ogłoszenie przypomniałem. Robię zdjęcie, tak żeby się bydlądku przyjrzeć. Oglądam na zbliżeniu. Rogi duże, patrzy w moim kierunku no i najważniejsze, między tylnymi nogami nie ma wymion. To, co widzę na pewno nie jest wymionem, chyba, że pojedynczym takim. Zrezygnowałem z tej drogi. Skręciłem w prawo w krzaczory. Matko! Jakie tam krzaczory były. Żałowałem, że maczety jakiejś nie mam. W końcu wyszedłem na łąkę. Bydła nie ma. Wchodzę ponownie w krzaczory cały czas podążając na dół. Wychodzę na łąkę, a tam piekne ruiny kaplicy jakiejś stoją sobie. Zacne miejsce znalazłem. Zapewne kilku z was tam było, ale ja dopiero to miejsce odkryłem. Poszedłem w dół do potoku. Po kładce przeszedłem na drugą jego stronę i poszedłem ścieżką w stronę drogi. Na drodze stoją dwa traktory i coś tam rozładowują, chyba drewno. /Skleroza/. Zapytałem się a raczej upewniłem się, co do kierunku dalszej wędrówki i się pożegnałem. Mozolnie piąłem się pod górę tym razem drogą. Za sobą miałem piękny widok na górę, z której miałem piękny widok na tę drogę. Nagle drogę i całe pole ogradzają zasieki z bardzo mocnego drutu kolczastego. Z dala słyszę traktory. Czekam na nie. Może na stopa się zabiorę. Kiedy nadjeżdżają zdejmuję zasieki i robię drogę przejezdną. Traktorzysta ochoczo mnie zabiera na przyczepę. Przyczepa! Dużo powiedziane. Rura jakaś, na którą usiadłem i która mocno mi się wrzynała w .. Wiecie, w co. Nie powiem. Kawałek mnie podwieźli. Potem wskazali kierunek dalszego marszu i się rozstaliśmy. Schodzę betonowa drogą w stronę Drogi Karpackiej. Droga mało uczęszczana jest z racji dziur i wyboi pomimo, że z płyt betonowych była. Z daleka widzę karawan, który pnie się betonką w moim kierunku. Już się boje o podwozie. Renatka szybko spasowała. Nawet nie nawracała, tylko stanęła i czekała na mnie. Ja schodząc z góry szukałem miejsca, w którym mógłbym zawrócić. Znalazłem. Zostawiłem Renatkę i żonę kuzyna, bo obie panie po mnie wyjechały i delikatnie, na paluszkach pojechałem w miejsce, w którym mogłem zawrócić. Potem, to już bułka z masłem. Zjechaliśmy do asfaltu. Terenówka na miejscowych blachach chciała wjechać na betonkę. Musiała nas przepuścić. Do dziś widzę zdumiony wzrok kierowcy. Tą drogą to terenówka albo ciągnik tylko przejedzie, a tu zadowolony facet wyjeżdża z dwoma kobiałkami na dodatek. I to by było na tyle z tego dnia. Aha jeszcze jedno. Ilekroć Renatka po mnie gdziekolwiek przyjeżdżała zawsze w karawanie miała zimne piwko. Tak było i tym razem….
bertrand236
Ech Bertrandzie... Piszesz o miejscu, które ja kocham bardzo. Za każdym razem, jak jestem, to bardziej.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)