Dzień 6
Rankiem kuzyn z kuzynką i chrześniakiem odwożą kolegę chrześniaka do Rzeszowa. Po drodze chcą się jeszcze zatrzymać tu i tam, więc wyjeżdżają wcześnie. My z Renatką statecznie jedziemy do Czarnej. Jak zwykle żelaznym punktem jest Galeria Barak. Spędzamy tam trochę czasu i prawie jak zwykle nic nie kupujemy. Po wyjściu z Galerii dzwonię do Łysego. Umawiamy się na następny wieczór na spotkanie u niego w pracowni. Postanawiam odwiedzić dawno niewidzianą okolicę. Jedziemy do Czarnej Dolnej. Najpierw krótki postój przy kaplicy z 1848 roku. Później rzut oka na malutki kościólek. Jedziemy dalej. Zatrzymuję się przy starym cmentarzu i miejscu po cerkwi. Wchodzę na strasznie zarośnięty cmentarz. Miejscami trudno przedrzeć się przez pokrzywy, czy inne temu podobne rośliny. Nie obarczam tym stanem cmentarza mieszkańców Czarnej Dolnej. Po prostu jest upalny sierpień z przelotnymi, ale intensywnymi opadami. Wszelkiego rodzaju chwasty rosną jak na drożdżach. Chwila zadumy nad przemijaniem i wracam do Renatki, którą pokrzywy skutecznie odstraszyły. Jedziemy dalej. Na drodze już gruntowej zostawiam karawan. I tutaj okazuje się, że wczorajszego wieczora moja małżonka wyjęła z bagażnika swoje „buty górskie”, o których dzisiaj zapomniała. Cudownie się wtedy prezentowała. Od kostek do szyi zielony strój w plamy, a na nogach białe tenisówki /buty do chodzenia w potokach/. Widok przekomiczny. Wędrowaliśmy spokojnie dalej drogą gruntową. Nagle z daleka pojawiła się przed nami tajemnicza budowla w kształcie tipi. Coś podobnego, jak ta na Przełęczy Beskid, tylko dużo mniejsza. (Teraz rozwiązałem zadadkę z wątku "Bertrandowe zagadki". Fotka jest tam i nie mogę jej teraz wstawić do tej opowieści). Kiedy podeszliśmy bliżej, to zobaczyliśmy, że budowla ta stoi na terenie ogrodzonym pastuchem. Pastuch był pod napięciem. Mamy ją po prawej stronie drogi. Idziemy spokojnie dalej. Po pewnym czasie drogę przecina nam potok, którego nie chce się nam sforsować. Zgodnie stwierdzamy, że wracamy. Na usprawiedliwienie mam tylko jedno. Jest upał, cholerny upał, a Renatka źle znosi wysokie temperatury. Mnie jednak coś kusi… Teraz po lewej, jeszcze przed tipi mam prawie odkryty grzbiet. Stamtąd musi być przedni widok. Daję Renatce kluczyki. Niech się zamknie w karawanie i włączy sobie klimę. Będzie się lepiej czuła. Ja idę pod górę. Idę wykoszoną łąką. I tu wkurzyłem się. Po lewej i po prawej mam druciane ogrodzenie. Teren prywatny i wejść nie można. Ku…wa grodzą Bieszczad na potęgę. Jeszcze trochę i szlaki będą prowadziły pomiędzy ogrodzeniami i zboczyć na załatwienie potrzeb fizjologicznych nie będzie można. Nic to! Wspinam się pomiędzy płotami, zbliżam się do grzbietu i tu następna niespodzianka! Zaczyna mi się wyłaniać dach. Ki diabeł a właściwie Czad? Podchodzę wyżej i bliżej. Dach jak się okazało przykrywa dużą wiatę. Nagle jak spod ziemi pojawia się przede mną tubylec. Tubylec ten na szczęście jak większość tubylców tam, jest przyjaźnie do mnie nastawiony. Opowiada, że wiata to magazyn paszy. W zagajniku pod nami kryje się przed gorącem „dzikie bydło z olbrzymimi rogami. Panie, jakie one mają wielkie rogi” To tipi to ich paśnik jest. Ziemia, która jest ogrodzona została wykupiona przez jakiś Kościół – chyba Zielono Świątkowców. Tego tubylec nie wiedział dokładnie. Ogrodzenie jest po to, żeby bydło nie rozlazło się i krzywdy ludziom spokojnym nie zrobiło. Istotnie w cieniu krzaków i drzew kryje się jakiś zwierz i nawet słychać jego porykiwanie. Jeżeli napisałem nieprawdę na ten temat, to myślę, że Krzysztof Franczak sprostuje. Wszak on powinien mieć większą wiedzę ode mnie na ten temat. Tubylec robi mi fotkę, natycham się widokiem z góry i schodzę w dół. Istotnie, tipi nie jest zbyt duże. Wracam do Renatki i schłodzonego karawanu. Jedziemy do Lutowisk.


Odpowiedz z cytatem