Zaglądamy do Punktu Informacyjnego BPN, gdzie dokonujemy zakupu publikacji, których jeszcze nie posiadamy. Następnie jedziemy w stronę kirkutu. Ja idę na kirkut. Jest większy niż myślałem. Renatka tylko z brzegu stała, a ja na samą górę polazłem. Kirkut, jak kirkut, ale za to widoczki z niego przednie są. Gorąc straszny się zrobił. Udajemy się do delikatesów. Tam drogą kupna nabywamy kiełbasę, piwko i inne napoje dla Renatki. Jedziemy nad San. Wyjmujemy leżaki z karawanu. Rozstawiamy je we wodzie i leżymy. Jest bosko. Cisza, tyko lekki szum Sanu, krzyk przelatującego nad nami ptaka i co najwyżej trzask otwieranej puszki. Każdego letniego pobytu w Bieszczadzie mamy taki dzień. Laba i nic poza tym. W końcu wakacje są i nie musimy nigdzie łazić, żeby intensywnie zaliczyć kolejny dzień. Jak już mi nogi trochę zmarzły, to wyszedłem na brzeg, poszukałem jakiegoś suchego drewna wokół i żeby się niepotrzebnie nie walało wziąłem i spaliłem je. Jak się paliło jeszcze, to kiełbaski na nim upiekliśmy. Potem wróciłem do bardzo intensywnego zajęcia polegającego na leżeniu na leżaku stojącym w Sanie. Późnym popołudniem zmęczeni strasznie tym leżeniem wrócilismy do Wilczej Jamy, gdzie miło dla ucha szumiała woda w naszej lodówce….


Odpowiedz z cytatem
