Dzień 7
Rano, a już jest bardzo gorąco. Przy śniadaniu narada bojowa. Nawiasem mówiąc w Wilczej Jamie są bardzo pyszne śniadania serwowane w postaci stołu szwedzkiego, a jak ktoś ma ochotę na coś ekstra, czego nie ma na stole, to Pani Ania bez zmrużenia oka uszykuje. Ochotę do wędrówki mam tylko ja. Tak naprawdę nie bardzo mnie interesuje, to co reszta ma zamiar robić. Po śniadaniu wsiadam do karawanu i jadę w kierunku Zatwarnicy. Po drodze wypatruje miejsca, którego szukałem 2 dni temu. Jest ci ono nieopodal przystanku PKS. Zatrzymuję się i wyruszam w drogę pieszo. Pierwszy odcinek jest krótki, a nawet bardzo krótki. Dochodzę do Sanu. Tutaj zdejmuje buty i skarpety. Podwijam spodnie, na nogi wkładam sandały i podpierając się kijkami wchodzę do rzeki. Woda sięga mi powyżej kolan, ale szczęśliwie bez upadku przechodzę na drugą stronę. Siadam na brzegu i znowu się przebieram (od kostek w dół). Z brzegu, na którym zostawiłem karawan spogląda na mnie kilka par zdziwionych oczu. Wyruszam na teren dawnej wsi Ruskie. Planowałem tu być już kilka razy, ale nigdy nie doszło to do skutku. Cieszę się jak dziecko. Od brzegu rzeki idę gruntową drogą. Idę niedaleko. Po około 100 metrach drogę przegradza siatka stalowa z tabliczką „Teren prywatny”. No w tym momencie to „żem się” (uwielbiam tę formę) wqrwił maksymalnie. Chwila zastanowienia i obchodzę siatkę bokiem. Zastanawiam się tylko, co zrobię jak przybiegnie do mnie rottweiler, albo inny stwór. Ponieważ nic sensownego na taki słuczaj nie wymyśliłem, przestałem sobie tym zaprzątać głowę. Droga wyprowadziła mnie na uroczą łąkę. Po prawej drzewa i góra po lewej, ale dalej San, a ja sam na łące. Z niecierpliwością czekam, co będzie dalej. Przechodzę jakieś 300 metrów. Łąka robi się podmokła trochę a droga prowadzi do potoku. Przechodzę przez potok, dalej idę drogą, ale już przez zagajnik. Staram się przypomnieć, co na temat tego miejsca napisał Piotr na stronie Twoje Bieszczady. Ponieważ mam zasięg dzwonię do niego z informacją, że jest to teren prywatny i powinien to na stronie zmienić. Chwilę pogadaliśmy i poszedłem dalej bacznie patrząc w prawo. Droga delikatnie się wznosi. Po wyjściu z zagajnika wchodzę na zarośniętą łąkę. Co jakiś czas spoglądam w prawo. Niestety nic nie widzę oprócz zielonej ściany. Pomału posuwam się do przodu. Nie widzę tego, czego spodziewałem się zobaczyć. Zrezygnowany przyspieszam. Po pewnym czasie zatrzymuję się i spoglądam do tyłu. Pośród drzew nagle zauważam coś, jakby dach. Czyli chata, której się tu spodziewałem jest. Stoi naprawdę. Przedzieram się przez krzaczory w jej kierunku. Są takie miejsca, przez które nie mogę się przedrzeć. Muszę je obejść dookoła. W końcu spocony znajduję się przy budowli, która kiedyś była chatą. Niestety jest ona w takim stanie, że obawiam się wejść do środka. Jestem tu sam, moi z grubsza tylko wiedzą gdzie poszedłem. Jak mi na łepetynę spadnie jakaś belka albo inny kawał dachu, to będę miał kłopot. Budowla jest w takim stanie, że wydaje mi się, że stoi siłą woli. W środku znajduje się totalny bałagan. Z daleka widzę, że w środku chyba lodówka leży. Do dziś jak o tym myślę, to się zastanawiam, co ona tam robiła. Za szafę kiedyś robiła, czy ktoś agregat prądotwórczy miał? Obszedłem chałupę dookoła. Obok chałupy stoi mur, którego elementem konstrukcyjnym jest duża kość. To druga zagadka, której nie potrafię rozwiązać. Skąd ta kość? /Zdjęcie tego muru znajdziecie w wątku „Bertrandowa zagadka”. Muru nie daje się obejść dookoła, chyba, że razem z krzaczorami. Odchodząc od ruin domu spostrzegam jeszcze obok starą wiatę w stanie jeszcze gorszym niż dom. Wracam na ścieżkę i podążam dalej. Ścieżka prowadzi do niewielkiego lasu. W lesie tym płynie potok, który przekraczam i po chwili wychodzę z lasu. Powoli, mozolnie łąkami pnę się do góry.


Odpowiedz z cytatem