Jest upał. Idzie się, jak to w upał z nogi na nogę. Co chwilę przystaję i odwracam się za siebie Przed moimi oczami roztacza się coraz ładniejszy widok. Im wyżej, tym ładniej. Im wyżej tym przyjemniej. Jakiś wiaterek powiewa. Z za grzbietu dochodzi do mnie dziwny odgłos. Tak, jakby traktor tu jeździł. Nagle przed oczami pojawia mi się płachta namiotu, krzesło jakieś i inne sprzęty. Wychodzę na grzbiet. Po jego drugiej stronie traktorzysta dzielnie zmaga się z łąkami. Dopłaty unijne zrobiły swoje i ludziska koszą łąki gdzie się da. Możecie mi mówić i przekonywać mnie, że tak być powinno, a ja swoje wiem. Nieskoszone łąki bardziej mi się w Bieszczadzie podobają. Trawy do ramion, to jest to, w czym bardzo lubię chodzić.
Z grzbietu widok mam przedni. W obie strony przedni. I w stronę Otrytu i w przeciwną. Stoję i podziwiam. Podziwiam i stoję. Trochę mnie denerwuje ambona pod lasem, ale nic nie poradzę. Pewnie postawiono ja li tylko dla obserwacji zwierząt. W końcu wracam. Pomału, ciągle podziwiając widoki schodzę w dół. Dochodzę do potoku i idę w górę jego biegu wychodzę na mały grzbiet. Myślę sobie, że tutaj stała gdzieś cerkiew i cmentarz też musiał być. W tej chwili wszystko jest tak zarośnięte, że nawet kamieni znaleźć nie potrafię. Obok stoi druga w tym rejonie ambona obserwacyjna. Włóczę się trochę po łące. Jest tak cicho i spokojnie...
W końcu trza wracać. Dochodzę do znajomej już mi ścieżki i podążam do Sanu. Na przeciwnym brzegu jest już spore grono ludzi szukających ochłody w rzece. Patrzą na mnie jak na zjawę jakąś, kiedy przeprawiam się na drugą stronę. Zmęczony, ale szczęśliwy docieram do karawanu. Super miejsce. Dzwonię do Renatki i pytam się gdzie jest. Okazuje się, ze cała grupa czeka na mnie na piaszczystej plaży w Stuposianach. Po drodze zabieram stopowicza z garbem. Chce do Ustrzyk Górnych, ale Stuposiany też mogą być. Podjeżdżam na plażę i rozkładam leżak w wodzie. Jest ognisko, są kiełbaski i piwko z Wołosatego jest. Raj jakiś albo, co. Żyć nie umierać!!! W końcu zalewamy ognisko i wracamy do Wilczej Jamy. Nie idziemy do lodówki tylko na obiad. Pod wieczór wsiadamy do karawanu i jedziemy do Czarnej. Jesteśmy przecież umówieni z Łysym. Chwilę na niego czekamy przy Pracowni oglądając deski z różnymi napisami. Najbardziej podoba nam się ta, z prośbą o nie karmienie psa. Ci, co ją widzieli wiedzą, co mam na myśli. Przychodzi Łysy i zaprasza nas do środka. On szykuje nam siedziska, a ja wyjmuję jego ulubiony trunek. Adam, bo takie ma imię nasz gospodarz gra i śpiewa własne teksty. Melodią jest ukochany przez niego blues. Znam jednego użytkownika tego forum, co twierdzi, że Adam nie potrafi śpiewać i grać. Ja mam inne zdanie. Jego poezja bardzo mi się podoba, a głos ma naprawdę ładny. Adam był mocno przygaszony, bo spotkała go niedawno przykrość. Napisał o tym ładny wiersz i zaśpiewał. Nie o samej przykrości, ale to już inna bajka. Może do ogniska przysiadła się też .. i się domyśla, o czym tu wygaduję. Wszystkim nam bardzo się podobało. Przy łyskaczu, gitarze, śpiewie i opowieściach czas, jak wiecie szybko mija. Ani się nie spostrzegamy, a tu noc się zrobiła i dno złowrogo spogląda na nas z butelki. Czas wracać.


Odpowiedz z cytatem