Dzień 14
Po śniadaniu wsiadamy do auta i jedziemy na północny wschód. Jedziemy bardzo niedaleko. Zatrzymujemy się przy zabudowaniach po lewej stronie i dalej wyruszamy pieszo. Idziemy drogą szutrową. Po lewej ręce mamy potok. W pewnym momencie potok zaczął wydawać inny odgłos niż do tej pory. Od razu skręciłem w jego stronę zobaczyć, dlaczego zaczął szumieć. Okazało się, że w tym miejscu tworzy on niedużą kaskadę. Poszliśmy spokojnie dalej mijając po drodze drewniany krzyż przybity do drzewa. Tak idąc, żartując sobie doszliśmy do niewielkiego zabudowania. Okazało się, że jest to pasieka. Droga się rozwidlała. Postanowiłem, ze pójdziemy w prawo. Po kilkudziesięciu metrach droga zrobiła się baaardzo błotnista. Cała moja grupa stanęła i zaczęła się zastanawiać, co dalej. Wiedząc, co będzie dalej od razu poprosiłem Renatkę, żeby po mnie przyjechała do miejscowości, w której Zdzisław Pękalski zrobił w kościele Drogę Krzyżową. Dokładnie sobie nie przypominam, ale tak się rozpędził, że chyba nawet jedną stację więcej zrobił. Po tych konsultacjach z żoną śmiało wszedłem w błoto. Głęboko się nie zapadłem nawet, tak gdzieś do kolana. W tym momencie wiedziałem, co się stanie. Wszyscy spasowali. Idę sam. Po chwili jednak słyszę takie: śluup, śluup. Odgłos łażenia po błocie. Dogonił mnie kuzyn. Dalej już we dwóch przemierzaliśmy przez błoto. Błoto po chwili się skończyło. Przekroczyliśmy potok i wąską ścieżyną przez krzaczory przedzieraliśmy się pod górę. Jeszcze jeden potok i wychodzimy na łąki. Ścieżka, nasza przewodniczka się urwała. Zostawiła nas samopas z łąkami. Gdzieś na środku łąki stoi drzewo. Przedzieramy się do niego. Są tam łąki takie, które lubię, nieskoszone. Znaczy się, że trawy /Marcin pewno wiedziałby, jakie to rośliny, dla mnie to trawy/ sięgają mi, co najmniej do ramion. Trudno się przez nie przedzierać. Dochodzimy do drzewa, a tu szok. Na drzewie stary, bo stary, ale czerwony znak ścieżki spacerowej. Tylko, co dalej? W którą stronę iść? Na łąkach szlak wyznaczają tyczki. Tutaj żadnych tyczek nie ma. Idziemy, a raczej przedzieramy się w stronę lasu. Na jednym z pni znowu jest czerwony znak. Idziemy wzdłuż drzew. Szmat drogi idziemy i znaków nie ma. Wracamy znowu łąkami. Z dala widzimy jakąś postać, która idzie dosyć szybko. Znaczy nie przedziera się. Idziemy, więc w tym kierunku. Co tu dużo mówić? Jary /szczęście, że niezbyt głębokie/, potoki, trawy. Gdzieś po pól godzinie a może dłużej wychodzimy na drogę. Leśną drogę. Siadam zmęczony i upocony na kamieniu. Otwieram plecak i wyjmuje puszkę ze złocistym nektarem. Razem z kuzynem raczymy się jej zawartością. Na drzewach są znaki. Idziemy drogą dalej. Dzisiaj z perspektywy czasu myślę sobie, ze kiedyś w czasach zaprzeszłych szlak, czy ścieżka był wytyczony trochę inaczej i my natknęliśmy się na stare oznaczenia. Po kilku minutach dochodzimy do przedziwnego miejsca. Po lewej strony drogi jest miejsce po cerkwi, na którym stoi nowa budowla sakralna. Bardzo ona skromna i mała jest. Wewnątrz widać sztandary. Po prawej strony drogi jest cmentarz z nowymi grobami. Znaczy się cmentarz jest użytkowany współcześnie. Ludziska kawał drogi muszą tuptać za trumną…


Odpowiedz z cytatem