Cosik towarzystwo senne przy tym ognisku jest. Nikt się nie odzywa… A może winko z Miśkiem zadziałało?
Dzień 17.
Poranek budzi nas ciepły i słoneczny. Umawiamy się przy śniadaniu, że wyruszamy we dwa samochody. Najpierw jedziemy do miejscowości, w której stoi Kapliczka Pamięci. Tam robimy zakupy odwiedzamy Pracownię Ikon, z której jak zwykle ciężko się wychodzi ze względu na gościnność domowników. Krótka rozmowa z Bardem Bieszczadu i jedziemy do Baligrodu. Mam ochotę zobaczyć jak wygląda kirkut po pracach wykonanych tego roku. Ni i jestem pod dużym wrażeniem. Ci, którzy pracowali na kirkucie, a pracowali jak zwykle społecznie wykonali kawał DUŻEJ roboty. Odkrzaczono cmentarz na takiej powierzchni, że nie myślałem, iż on jest taki duży. Odnowiono sporą liczbę macew. Widok iście imponujący. Po wyjściu z kirkutu rozdzielamy się. Kuzyn z rodziną jadą w swoją stronę, a my z Renatką w prawo. Po drodze zatrzymujemy się przy ślicznej kapliczce, którą setki razy mijałem, bez zwrócenia na nią uwagi. Za kapliczką ileś tam metrów oczywiście skręcam w prawo. Najpierw droga asfaltowa, a potem szutrowa. Szutrowa i dziurawa. Ileż to razy karawan ją już pokonywał? Na rozwidleniu dróg skręcam w prawo i dalej jadę przed siebie bacznie wypatrując. Nie zwierza, bardziej samochodu. Niestety parking pusty jest znaczy nikogo nie ma, tam gdzie myślałem. Dalej na nogach do chatki. Istotnie pusta stoi. Sprawdziłem czystość, wpisownik i wróciliśmy do karawanu. Ruszam i po kilkuset metrach staję. Droga zatarasowana dużą ciężarówką jest. Chłopaki kończą ładowanie metrówek na pakę. Grzecznie się pytam: - kiedy odjedziecie, bo się nie przecisnę? Odpowiedz, którą usłyszałem po prostu mnie rozwaliła: - Panie my nie wiemy. Kierowca sobie poszedł poszukać miejsca gdzie można zawrócić. Duża ciężarówka + duża przyczepa. Niewiele myśląc zawróciłem i pojechałem szukać kierowcy. Znalazłem go i przywiozłem do auta. Po drodze powiedział, ze jest tu pierwszy raz i nie myślał, że tu taka droga jest. Uśmialiśmy się z Renatką i pojechaliśmy dalej. Kiedy droga się skończyła to skręciłem w prawo. Oj jak Renatka tej drogi nie lubi… Mijamy wypal po prawej i cały czas pniemy się pod górę. Nagle po wyjechaniu zza zakrętu widzę ciężarówkę. Inną co prawda, ale równie skutecznie blokująca drogę. Chłopaki zwijają się jak w ukropie. Pot się z nich leje. Jesteśmy pełni podziwu. Już po 20 minutach są załadowani i odblokowują drogę. Jedziemy dalej. Mijamy Błękitną Rapsodię, a raczej to, co z niej zostało. Powoli i mozolnie pniemy się w górę. Renatka się zastanawia, co zrobię gdy z góry pojedzie coś dużego.. Nic jednak nie jechało. Zajeżdżam na sam szczyt drogi, nie góry. Droga się znowu rozwidla. Ja jadę w prawo. Wiem i nie musicie głośno tego mówić. Wiem, stał tam. Widziałem go. Droga po paru kilometrach poprowadziła mnie do wsi. Na rozwidleniu skręciłem w kierunku domu bacy. Tego, co oscypki robi. Teraz to on chyba, co innego robi, bo oscypki, to tylko w Tatrach się wyrabia…Skręciłem i stanąłem. Drogę tarasowała ciężarówka. Trzecia tego dnia już. Grzecznie się pytam: Panie a długo to potrwa? A on na to odpowiada pytaniem na pytanie: A dokąd pan jedzie? Odpowiedziałem, że…. Gość kazał mi zawrócić. Powiedział, ze na tej drodze to szkoda podwozia. Zapytałem go: Panie, a przez wodę przejadę? Przejedziesz, przejedziesz usłyszałem. Ucieszyłem się, bo nigdy tą drogą jeszcze nie jechałem. Droga okazała się super. Bez dziur. Tylko nam rzeka przez drogę płynęła. Nie żeby tam raz. Ona płynęła cztery razy. Cztery razy karawan przez bród przejeżdżał. Raz jak zobaczyłem betonowe płyty porozrzucane naokoło, to troszkę zwątpiłem, ale karawan sobie poradził. Renatka tylko jakaś taka blada się zrobiła. Po przejechaniu rzeki zatrzymałem się w pobliżu Pola Biwakowego. Pole to jest oznaczone i z daleka już człowiek wie, kto może na nim przebywać. Toż to teren Naszego kolegi forumowego i przesympatycznej małżonki jego. Nie bierzcie tego dosłownie. Oni tam po prostu od „ho, ho, ho, a może i dłużej” przyjeżdżają w to miejsce świętować. Nie będę zdradzał, co świętują, ale okazja do świętowania z roku na rok jest coraz dostojniejsza. Oczywiście są na miejscu. Jakże by inaczej. Wypijamy i zjadamy, „czym chata bogata” i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. Czas leci zbyt szybko. Nadeszła pora pożegnania. Umawiamy się na następny rok i odjeżdżamy. Już nie przez wodę. Jedziemy prosto. W pewnym miejscu zawsze staję i… nic z tych rzeczy. Podziwiam wspaniały widok na rzekę. Dojeżdżam w końcu do Drogi Karpackiej. Skręcam w prawo. Mijam nie zatrzymując się nową cerkiew po lewej i grób Jędrka. Wracamy naokoło na nocleg. Po drodze zatrzymujemy się u miejscowego rzeźbiarza, malarza i przede wszystkim gawędziarza. Oglądamy nowe dzieła i jedziemy dalej. Teraz tylko kolacja w Polańczyku u Pani Leszkowej i kawa u Pana Leszka. Na noclegu kuzyn wita mnie zimnym piwkiem. I tak minął kolejny dzień. Bez chodzenia tym razem. Ale jeden z milszych dni tego urlopu….


Odpowiedz z cytatem