E tam! Jakby nie patrzeć, w tym tygodniu topimy. Jedni Marzannę inni robaka. Już bliżej, jak dalej, więc naprawdę czas powoli kończyć.
Do dzieła!
Dzień 20.
Poranek. Śliczny dzień wstaje. Tak nawiasem mówiąc, gdzieś słyszałem, ze każdy ma taką pogodę na urlopie, na jaką sobie zasłużył. Może coś w tym jest?
Jedziemy we dwa karawany do miejscowości z cerkwią o skrzywionej kopule. Melduję się tam gdzie byłem umówiony i po chwili zjawia się sympatyczny jegomość, aby otworzyć nam cerkiew. W międzyczasie podjeżdża Wojtek Legionowo z córką Gośką. Idziemy do cerkwi. Najpierw nasz Przewodnik otwiera nam bramę i zaraz za nami ją zaklucza. Dopiero później otwiera wrota do Świątyni. Wchodzimy do środka. Jakże inny jest widok niż ten, który tu widziałem będąc ostatnim razem. Po prostu w środku jest las drzew. Nie takich, co rosną. Takich od rusztowania.. po prostu środek cerkwi, to jedno wielkie rusztowanie. Cieszę się, ze tu jestem i mogę widzieć cerkiew w takim stanie. Robimy fotki. Sporo ich robimy. Nasz Przewodnik proponuje nam wejście do góry pod kopułę. Niestety ze względu na lęk wysokości wolę mocno stąpać po posadzce. Idzie tylko delegacja, która ma obowiązek porobić zdjęcia. Przez cały czas do bramy dobijają się turyści chętni do odwiedzenia tego miejsca. Ponad brama widzą, że wrota są otwarte. Kiedy wszyscy szczęśliwie zeszli z góry podziękowaliśmy Przewodnikowi i opuściliśmy to miejsce. Tobie na zewnątrz zdjęcie tablicy z numerem konta bankowego, na które można wpłacać dobrowolne datki na remont cerkwi. Następnie z Wojtkiem sprofanowaliśmy pomnik urządzenia, które podobno nigdy nie miało zastosowania, w Bieszczadzie. Ot taka bieszczadzka ciekawostka. Profanacja polegała na wejście na ów pomnik i zrobienie sobie pamiątkowych zdjęć. Jedziemy na miejsce spotkania z Marcinem. Czasu mamy bardzo dużo, więc nie czekając na leśnego człowieka sami idziemy do kapliczki. Idąc do kapliczki należy najpierw przejść metalową kładką nad potokiem o nazwę, którego miałem na tym forum kilka lat temu ostrą sprzeczkę z Imć Panem Michałem /wcale nie Wołodyjowskim/. Następnie ścieżka sama prowadzi pod górę do kapliczki. Kapliczka, jak kapliczka, ale lubię to miejsce, zwłaszcza, ze nigdy nikogo tu nie spotkałem. Czytam wpisownik, robimy stosowne zdjęcia i schodzimy do drogi na spotkanie z Marcinem. Marcina nie ma. Czekamy i czekamy. Rozumiem go, on pracuje i może obowiązki Go zatrzymały? Wypatrujemy ze wszystkich dwóch stron czerwonej terenówki. Niestety nic w tym kolorze nie nadjeżdża. Zasięgu tu nijakiego nie ma, więc nawet zadzwonić do niego nie możemy. Przedstawiam wszystkim plan alternatywny, który został zaakceptowany. Trzy samochody jadą do dużej szosy. Tam skręcamy w prawo. Mijamy po jakimś czasie jedyną większą metropolię. Jest zasięg i jest telefon od Marcina. Lekko się spóźnił, nawet nas widział z daleka, ale zmylił go trzeci samochód. I dlatego nas nie gonił. Może i my go widzieliśmy, ale ponoć nie nadjechał czerwoną terenówką. Nie wracamy. Umawiam się z Marcinem na następną okazję. Od tego czasu dwa razy razem wędrowaliśmy razem. Skręcamy w lewo, w drogę, co kiedyś była bardzo dziurawa a teraz nie jest. Ruch na nie duży jest, chociaż kiedyś też duży był ino auta wolniej się przemieszczały. Zatrzymujemy się niedaleko cmentarza, na którym są pochowane ofiary bestialskiego morderstwa popełnionego w połowie ub. wieku. Tu następuje przegrupowanie. Wojtek z Gośką, ja i chrześniak idziemy połazić. Reszta jedzie na kwaterę. Wojtek z Gośką wrócą do swojego sportowego auta. /Swoją drogą, kto sportowym autem jeździ po Bieszczadzie?/ My mamy zamiar dojść górami do małej szosy w miejscu najmniej oddalonym do kwatery. Tam ma nas odebrać Renatka. Renatka daje Wojtkowi swoje kijki teleskopowe, coby się mniej męczył. Wszak on osłabiony jest. Idziemy drogą obok sklepu. Asfalt się kończy i droga jest coraz bardziej stroma. Za nami za to widoczki coraz lepsze są. Mamy kilka odpoczynków po drodze. Wojtek ma mniejszą kondycję niż ostatnio. Cieszę się jednak niezmiernie, ze możemy sobie wspólnie pochodzić. I jeszcze jedna uwaga. Jestem pod dużym wrażeniem Gośki. Bardzo opiekuje się ojcem. Naprawdę budujący to był widok. W końcu weszliśmy na przełęcz. Tutaj napawaliśmy się wspaniałym widokiem, który roztaczał się przed nami, za nami i z obu boków. Teraz delikatnie w dół. Odpoczynek na miejscu po cerkwi i cmentarzu. Zero ludzi, tylko my. Gośka sprawdza, czy pobliska ambona jest otwarta. Niestety nie. Dopiero niedawno dowiedziałem się od Wojtka, że przy schodzeniu z ambony skręciła sobie nogę. Twarda sztuka, nie dała sobie wtedy tego po sobie poznać. Razem wracamy na przełęcz. Tam nastąpiło pożegnanie Wojtek z Gośką poszli prosto, a my z chrześniakiem w prawo. Fajnie się z Wojtkiem chodzi. Liczę na jeszcze kilka takich wędrówek…
P.S.Zdjęcia Wojtka i Gośki wstawiłem za zgodą Wojtka.


Odpowiedz z cytatem
