Dzisiaj tylko tak symbolicznie dokładam...
Nagle z góry schodzi dwoje osób wyposażonych w dziwny ekwipunek. Najpierw idzie niewiasta i niesie dosyć dużą skrzynkę z tworzywa sztucznego. Za nią podąża jegomość wyposażony w urządzenie do wykrywania metali. Na moje pytanie, czy coś znaleźli tylko odburknęli, że nic. Widać było, że nie spodziewali się kogoś tutaj spotkać. Po moich jesiennych wędrówkach z Marcinem Sceliną i oglądaniem rozkopanych grobów inaczej patrzę na takich ludzi. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie wszyscy są tacy, ale coś we mnie pękło…
Po kilku minutach już nie tak bardzo forsownego marszu jesteśmy na szczycie. Jestem trochę zawiedziony. Po prostu od mojego ostatniego tu pobytu minęło trochę czasu. Roślinki urosły i zasłoniły widoki, a widoki były stąd przednie. Mimo wszystko jesteśmy zadowoleni. Cisza i spokój. Tylko owady bzyczą. Jakiś tam widok jeszcze z góry jest, więc się nim napawamy. Może bardziej odpoczywam po forsownym podejściu na przełaj pod górę niż się napawam, ale wymówkę przed chrześniakiem mam. Po kilku minutach czas na dalszą drogę. Idziemy dalej ścieżką, którą tu przyszliśmy. Droga wiedzie przez piękny las. Ciągle w dół. Po kilkunastu minutach ścieżka wyprowadza nas na łąki. Teraz przed nami roztacza się naprawdę piękny widok. Ba na trzy świata strony widok. Stoimy zachwyceni. Widać, że to miejsce zrobiło wrażenie na moim towarzyszu marszu. Aż mi raźniej na duszy się zrobiło. Nie szedłem tędy pierwszy raz, ale ten widok zawsze mnie rozwalał…


Odpowiedz z cytatem