25.12.2009 znowu w trasie i znowu w Bieszczady.Jadę w towarzystwie zwariowanej sopocianki a naszej forumowiczki Czapy vel Karoliny vel Córci.Następnego dnia jesteśmy na miejscu u naszego Henryka.Szybkie przywitanie z Wetliną,Bazą ludzi z Mgły i spać.Wstajemy ok.8 rano wszak dziś tylko spacer do Dołżycy z zachaczeniem o schronisko w Jaworcu.10 rano spacerkiem torami kolejki idziemy powolutku do Smereka.Tam wchodzimy na asfalt i idziemy nim aż do mostu gdzie skręcamy do schronu na jakieś śniadanie,a potem dalej w drogę.Szybka ssja zdjęciowa na nieczynnym wypale-Karolina wchodzi do otwartego pieca(nieczynnego niestety) i dalej w drogę.Znowu kawałek asfaltem i już jesteśmy na szlaku w lesie.Zaczynam sapać i zastanawiać co mnie tu znowu przygnało.Przecież na dole też jest piwo. idziemy spokojnym tempem z początku ścieżką a zaraz potem stokówką.Na niej zaczynają się problemy.Całe mnóstwo wiatrołomów,które trzeba omijać tracąc przy tym czas.Powoli robi się ciemno więc przyspieszamy kroku ale i tak pd koniec jak się póżniej okazało trasy gubimy szlak.Zaczynamy więc iść dalej wzdłuż strumieni wszak one nas do drogi poprowadzą.Teren robi się nieprzyjemny bo nie dość że ciemno to jeszcze wszędzie powalone drzewa blokują drogę.Trzeba przechodzićkilkakrotnie strumienie więc oboje jesteśmy ładnie zakamuflowani błotem a igły i liście w ubraniach znajdowaliśmy potem w zgoła dziwnych miejscach.Po dłuższym czasie znajdujemy stokówkę gdzie są wyrażne ślady prac porządkowych i już nią dochodzimy do asfaltu.Byliśmy tylko trochę zdziwieni kiedy Karolina zauważyła niedaleko od miejsca gdzie zeszliśmy do drogi wejście na szlak gdzie startowaliśmy.Po prostu zatoczyliśmy duże koło.Itym sposobem trasa 4-godzinna trochę nam się przedłużyła ale grzane wino smakowało potem bosko.I tak minął dzień pierwszy