3.01.2010-ok godziny 8 rano żegnamy ekipę z Warszawy przepakowujemy plecaki,i już przed 10 jesteśmy dzięki uprzejmosci Duńczyka w Wołosatym.Jestesmy tzn.Karolina i ja.Postanawiamy zjeść jeszcze coś ciepłego więc pierwsze kroki do baru gdzie śniadamy bez pośpiechu-wszak nic nas nie goni a nocleg mamy w namiocie pod gwiazdami.Wychodzącą z baru Karolinę dopada w drzwiach pytanie (co już do domu?) Ta grzecznie odpowiada ze nie że w góry pod namiot co zostaje skwitowane chóralnym pytaniem-POD NAMIOT? i dziwnymi spojrzeniami.Mamy z tego oboje sporo śmiechu w dalszej części trasy.Wchodzimy na szlak po drodze mijamy cmentarz na którym ktoś stawia kapliczkę-spotkalismy tego człowieka we wrześnu schodząc z Tarnicy-nie znam jego imienia.Chcemy dojść do wiaty pod Bukowym Berdem ale kiedy docieramy pod Tarnicę zaczyna się robić nieciekawie.Bardzo silny wiatr gna śnieg o konsystencji lodu.Mimo to wchodzimy na szczyt jakieś fotki i szybkie zejście.Z wierzchołka schodzimy po omacku bo śnieg bije prosto w twarze.Na przełęczy szybka decyzja schodzimy na przełęcz GOPR-owców i tam szukamy miejsca na nocleg.Udaje nam sie tam dotrzeć mimo że szlak zawiany,a barierki zauważamy dopiero z jakichś 50 metrów.Znowu kilka fotek przy słupku i już skręcamy w prawo w stronę lasu.Kilkanaście minut przedzieramy się przez głęboki śnieg a na miejscu widzimy że nie będzie łatwo.Wszędzie teren jest nachylony więc dopiero po dłuższej chwili znajdujemy w miarę równe miejsce.Rozbijanie namiotu w tych warunkach to nic przyjemnego ale za chwilę nasz domek stoi.Błyskawicznie więc wskakujemy do środka i przebieramy się już do snu.Oczywiście jeszcze gotowanie wody na zupkę llub herbatę.To nie jest zbyt trudne ale wychodzenie z namiotu po śnieg do przyjemnych nie należy.Już ok.19 zaszywamy się w śpiworach i zasypiamy(przynajmniej ja).Następnego dnia rano ze zdumieniem dowiaduję się że Karolina w nocy polowanie na niedżwiedzia z aparatem urządzała.Obudzila się już o trzeciej w nocy i usłyszała jakiś dziwny cichy dżwięk jakieś pochrapywanie.Dopiero po kilkunastu minutach zorientowała się biedna że to ja pochrapuje.Potem znowu grzanie wody na kawę,zwijanie biwaku i schodzimy do Górnych.Karolinę złamała gorączka więc nie ryzykujemy.Na przełęczy pod Tarnicą spotykamy sympatyczne małżeństwo i potem jeszcze na Szerokim Wierchu jeszcze jednego kolegę.Jak na złość nam specjalnie wychodzi słońce i otwierają się cudne widoki na B.B i całą resztę.O godzinie 16 jesteśmy już w ZpC gdzie jemy coś na ciepło i znajdujemy kwaterę.W barze spotykamy kikoro ciekawych ludzi a między innymi naszego kolegę z Szerokiego Wierch i wieczór kończymy już w czworo przy wodzie ognistej a potem spać.Tak zakończył się jeden z ciekawszych dni w górach