Gdzieś wyżej wspominam o Michniowcu.Mój Tato prowadził w nim sklep "wielobranżowy".Ogromna beka z naftą stała w sieni.Miała szklany pojemnik z podziałką.Wlewało sie ją do butelki klienta - 4zł/litr !Były też zapasowe "szkły do łamp"i latarek!
Gdzieś wyżej wspominam o Michniowcu.Mój Tato prowadził w nim sklep "wielobranżowy".Ogromna beka z naftą stała w sieni.Miała szklany pojemnik z podziałką.Wlewało sie ją do butelki klienta - 4zł/litr !Były też zapasowe "szkły do łamp"i latarek!
WUKA
www.wukowiersze.pl
Na początku lat 60. moja babcia wybrała się ze mną na targ radomski. Z chłopskiego wozu (do którego zaprzężony był prawdziwy, niemechaniczny koń) zakupiła dużą osełkę masła. Nawet dobrego - babcia dostała mały kawałeczek na spróbowanie.
A potem w domu - wielka afera. Podczas smarowania bułek okazało się, że w osełce masła ukryta jest spora marchewka, taka na mniej więcej 2/3 objętości zakupionej osełki.![]()
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
Wspomnieliśmy już w tym wątku o tzw. studenckich praktykach robotniczych. Miałem takie dwie i z obu wyniosłem raczej przykre wspomnienia.
Przypuszczam, że gdyby polityczny pomysłodawca owych praktyk (tow. Gomułka) przewidział podobne ujemne aspekty, to być może zrezygnowałby z owego poronionego pomysłu.
1. Wrzesień 1970 r. Stały Bywalec - jako student tzw. roku zerowego - odbywa praktykę na budowie w Pułtusku, w b. Ciechanowskim Przedsiębiorstwie Budowlanym.
Pierwszego dnia kierownik budowy i jego majstrowie odbyli z nami krótką naradę - odprawę, taką męską rozmowę. Zaproponowali nam dobrowolny podział na dwie grupy:
- tych, którzy chcą praktykę robotniczą, jako zło konieczne, tylko zaliczyć; ci będą sprzątać budynki już ukończone, będące tuż przed odbiorem; praca będzie lekka, ale i zarobek też niewielki;
- tych, którzy nie boją się pracy fizycznej i chcą naprawdę zarobić; ci będą pracować na budowach "w toku" tak jak prawdziwi robotnicy budowlani i mniej więcej tyle co oni zarobią.
W rezultacie zarobki obu ww. naszych grup okazały się per capita prawie identyczne. Mimo że jedni rzeczywiście harowali, zostawali po godzinach, a drudzy opieprzali się - popijali sobie J-23 i "z nudów" wywozili po kilka taczek gruzu dziennie. Na moje "szczęście" byłem w tej drugiej grupie.
Wszyscy bowiem otrzymaliśmy (po potrąceniu kosztów zakwaterowania w barakowozach i wyżywienia w stołówce internatu jakiegoś technikum) po ok. 100 - 200 zł na rękę. Za cały miesiąc pracy.
2. Wrzesień 1971 r. Stały Bywalec zaliczył I rok studiów i odbywa drugą (już ostatnią) praktykę robotniczą - tym razem w Zakładach Radiowych im. M. Kasprzaka na warszawskiej Woli.
Jakaż to znowu ona robotnicza, ta praktyka ? Siedzimy sobie przy małych "biurko - stoliczkach" (każdy przy swoim) i sprawdzamy jakość wyprodukowanych elementów (podzespołów). Każdy z nas otrzymuje do pudła po kilkaset takich małych podzespołów i ma wszystkie po kolei sprawdzić (przy pomocy specjalnego urządzenia pomiarowego), czy trzymają one zaprojektowane parametry techniczne.
Staram się bardzo, z wrodzoną sobie dokładnością i perfekcją.Pod koniec dnia roboczego zanoszę panu majstrowi dwa pudła: dobrych i złych elementów. Mniej więcej 1/3 to buble (podzespoły nie trzymajace parametrów).
Szef najpierw nie wierzy i krzyczy na mnie, że tych złych, to zdecydowanie jest za dużo. To mu spokojne odpowiadam, żeby wyrywkowo sam po mnie sprawdził. Ale on nie sprawdza, tylko dalej się na mnie drze, że przez takich jak ja, to fabryka może nie wykonać planu ! Po czym wkłada łapę do pudełka ze żłymi elementami, wyciąga stamtąd prawie wszystkie (tak na chybił - trafił) i dokłada je do pudełka z tymi dobrymi podzespołami. I wynosi je do dalszego montażu.
![]()
Ostatnio edytowane przez Stały Bywalec ; 20-03-2009 o 22:35
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
Marty-roll-logos![]()
Ja mialem podobna sytuacje podczas praktyki robotniczej w Zakladach Lozysk Tocznych w Poznaniu. Jako osoba krotkowzroczna zostalem przydzielony do dzialu kontroli jakosci. Moje stanowisko pracy wygladalo tak: tasma z lewej strony, ktora przesuwalo sie skrzynki z lozyskami, maszyna kontrolujaca z jednym wlotem i dwoma wylotami - na lozyska dobre i te wybrakowane. Z prawej strony staly skrzynki z lozyskami dobrymi, na podlodze - z wybrakowanymi.
Do pracy sie przykladalem, chocby dla zabicia czasu, wrzucajac kulki i wypatrujac, ktorym wylotem wypadna. Moj kolega z kolei bez zenady przesuwal wozek z lozyskami na prawa strone maszyny. Majster przyszedl, popatrzyl na mnie zlym wzrokiem i pochwalil kolege, ze tak dobrze i szybko pracuje. Potem rzucil do mnie, ze maszyna czesto sie myli, a widzac moje zdziwione spojrzenie, powiedzial cicho: "to i tak do ruskich czolgow idzie..."
Krytykujemy ten PRL, krytykujemy ...
I skądinąd słusznie, oceniając tamtą epokę tak "in general".
Ale dziś mnie jedna aktualna rzecz wkurzyła, z teraźniejszości.
Chcąc kupić 10 znaczków pocztowych (takich typowych, na zwykłe listy, po 1,45 zł), musiałem:
- udać się w tym celu specjalnie na pocztę, a tam
- odstać swoje w kolejce.
W czasach PRL znaczki pocztowe były w każdym kiosku Ruchu, a i kolejki na pocztach były mniejsze.
Obecnie kolejek już prawie (na szczęście) nie ma.
Ale pozostały 2 instytucje, w których kolejki dziś są dłuższe niż w okresie PRL:
1) właśnie placówki pocztowe, i
2) oddziały banku PKO BP.
Tak jest w większych miastach, być może w mniejszych się tego nie odczuwa.
Ostatnio edytowane przez Stały Bywalec ; 25-03-2009 o 22:36
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
Ja także odbywałem praktyki robotnicze w Poznaniu i też przy taśmie, ale w szacownej firmie "Pegaz", produkującej ocet i musztardę. Chyba połowa mojego rocznika z UAM została tam skierowana, choć - jak pewnie pamiętacie - ocet i musztarda były wtedy jedynymi towarami, które występowały w sklepach w nadmiarzeNajbardziej absurdalne było jednak to, że intencją tych praktyk miało być nauczenie przyszłych "entelegentów" szacunku do ciężkiej pracy klasy robotniczej, natomiast ja i moi towarzysze niedoli dowiedzieliśmy się tam wyłącznie jak kombinować, obijać się, przeklinać i bić.
![]()
Ostatnio edytowane przez Marcowy ; 11-01-2010 o 19:57
A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie. Jak tam o nas dbali, jak bardzo starali się o to, abyśmy wynieśli z tego miasta jak najlepsze wspomnienia... Wozili na wycieczki, super karmili. Nawet najokrutniejsze nasze bohomazy wystawiali w Rynku. Tolerowali dzikie zachowania (dzikie,jak na tamte czasy - patrząc z dzisiejszej perspektywy - bardzo niewinne).
Było super.
[quote=dorota z krakowa;77740]A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie.
Małe sprostowanie - to był 1978 rok.
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)