Z perspektywy 20 lat naprzód wspominam z nostalgią Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie (50-100km na wschód od Lublina), gdzie jeździłem zawsze na letni wypoczynek, a niektórzy mieli (mają) swoje domki letniskowe, gęsto pokrywające tereny wokół kolejnych jezior.
Dzisiaj na pewno nie odważyłbym się pływać codziennie przez środek jeziora Zagłębocze na drugą stronę (800m) po to tylko, aby zjeść rybkę oraz wypić co nieco i, po stosownym odleżeniu na pomoście, wrócić tą samą drogą wpław do siebie.
Na początku lat 90-tych jedyna, miejscowa smażalnia rybek opierała swój jadłospis na tym, co dało się aktualnie danego dnia(nocy) złowić – najlepiej wspominam węgorze łowione sznurami z hakami i wyciągane Żukiem na brzeg. Rybka była palce lizać a z tyłu budy serwowano ciepłą wódeczkę laną po sztachetkę – oj jakie były wtedy kolejki po ten towar deficytowy.
Normalnie po chleb jeździliśmy wtedy 12km do wioski, gdzie dostarczano go w parzyste dni tygodnia – bochenki po 3kg sztuka. Alkohol kupowało się wtedy oczywiście najtańszy – smak „koktajlu nadwiślańskiego” o niepowtarzalnym, bardzo przypadkowym bukiecie komponowany był na zasadzie „co się nawinie” do kadzi.
Innym rarytasem był spirytus „Royal” w 1l plastikowych butelkach, który kupowało się od naszych braci ze wschodu na bazarku w Łęcznej (po drodze z Lublina na wszystkie jeziorne kierunki). Spirytus ten rozrabiało się na miejscu i na chwilę przed spożyciem z wodą z jeziora jakie było akurat pod ręką w proporcji pół na pół. Powstawała dzięki temu Zagłęboczanka, Piasecznianka, Łukczanka itd.
Nad Zagłęboczem około godziny 21 zawsze zapalały się ogniska i nad wodą niosły się dźwięki gitar. Spokojna, leniwe posiady kończyły się przed północą i zaczynało się wspólne śpiewanie przez jezioro do około 1-2 w nocy. Tak nauczyłem się na pamięć m.in. całej płyty KSU – "pod prąd" i tak odkryłem "swoją" muzykę. Wtedy nie zastanawiałem się nawet, co to za nazwa zespołu i z czym ją kojarzyć.
Pomimo domów i namiotów spaliśmy zwykle pod gołym niebem. Jakoś nie było kleszczy i pijawek, komary tak nie cięły, trujących grzybów w lesie nie było i nawet żmije omijały okoliczne tereny szerokim łukiem.
Po dwóch, trzech tygodniach takich wakacji, spłukani do zera, wracaliśmy do domu pieszo, a było to 50km. Na propozycję zabrania się okazją (wtedy co dziesiąty kierowca chciał bezinteresownie pomagać) dziękowaliśmy i honornie podążali dalej w stronę coraz bliższej cywilizacji.
Niektóre przyjaźnie z tamtych czasów przetrwały próbę czasu, a spotkania odnawiają wryte w pamięć obrazy jezior, nad którymi stało ledwie kilka namiotów, pasła się krowa, a w drodze na zakupy obchodziło się sąsiadów z pytaniem co komu trzeba kupić. I jak wtedy smakował ten OSTATNI papieros.
Specjalnie dla (nie)palaczy fotka ku pokrzepieniu serc trwających w nikotynowej czystości –paczka Klubowych z datą produkcji 89 IX 06 - towar pełnoletni i takież wspomnienia.
JarekBartek


Odpowiedz z cytatem