Już, już ten ciekawy temat miał zejść z 1-szej strony, więc aby to nie nastąpiło, coś napiszę.
Kawał o ofiarach motoryzacji z lat 60.
Spotykają się u Św. Piotra: Amerykanin, Niemiec i Polak. Każdy z nich podaje bezpośrednią przyczynę, dzięki której znalazł się właśnie tu i teraz.
Amerykanin:
- Pędziłem jaguarem 150 mil/godz., nagle zajechał mi drogę wielki wóz ciężarowy i ... oto tu jestem.
Niemiec:
- Jechałem mercedesem 200 km/godz., na zakręcie coś było rozlane na asfalcie, wpadłem w poślizg, wypadłem z szosy i ... oto tu jestem.
Polak:
- Kupiłem syrenkę na raty, spłacałem ją, umarłem z głodu i ... oto tu jestem.
Gwoli wyjaśnienia dla najmłodszych: w latach 60. gospodarka PRL była "siermiężna", ale jeszcze nie rozregulowana, jak później za Gierka i Jaruzelskiego. W zasadzie można było kupić wszystko, nawet dobra tzw. luksusowe, oczywiście po niebotycznych cenach, niedostępnych dla tzw. przeciętnego Kowalskiego. Podaż wówczas jednak równoważyła popyt - oczywiście popyt tzw. efektywny, czyli poparty siłą nabywczą. Nie było jeszcze talonów, asygnat, przedpłat, itp., natomiast wiele dóbr można było kupić na raty: telewizory, pralki (nieautomatyczne) i nawet samochody. Oczywiście raty były odpowiednio wysokie i niektórzy amatorzy motoryzacji, którzy nabyli samochód na raty, rzeczywiście głodem przymierali. Stąd ów dowcip, wówczas krążący po Polsce.


Odpowiedz z cytatem