Czytam Wasze wypowiedzi i widzę autentyczne przerażenie i zatroskanie. Uważam, że rację mają zarówno ci, których nieco żenują przypuszczenia dot. przyczyn śmierci ("ciszej nad tą trumną"), jak i ci, którzy w dobrej wierze i ku przestrodze snują swoje domysły.

Nikt z nas natomiast nie kwestionuje jednego: szkoda tego młodego i wartościowego życia.

A ja osobiście to wierzę w fatum, przeznaczenie ("tak być musiało").

Jakieś 4 lata temu w Warszawie na Siekierkach utopiło się trzech 18-latków, "testujących" w nocy nową toyotę, powierzoną nieopatrznie jednemu z nich przez dobrego tatusia. Na pustej o tej porze szosie rozpędzili wóz do maksymalnej prędkości, nie wyrobili się na zakręcie i wpadli do przywiślanego kanału. Byli trzeźwi. Sprawa była przez parę dni głośna w lokalnych mediach, a i ogólnopolskie o niej napomknęły.

Dlaczego ja o tym w ogóle piszę, i to w kontekście "fatum" ?
Ano dlatego, że jednym z tych chłopaków był syn (jedynak !) mojego naprawdę dobrego kolegi. Śmierć przyszła po niego do domu. Ok. godz. 23-ciej, gdy chłopak już się szykował do spania, zapukali koledzy i wyciągnęli go na ową "przejażdżkę".
A poza tym - w samochodzie było ich czterech, nie trzech. Jednemu nic się nie stało, zdążył jakoś wyskoczyć, gdy samochód koziołkował do wody. I nie bardzo potrafił potem wytłumaczyć, jak mu się to udało (a żadnym przeszkolonym komandosem przecież nie był).