ale zmierzchem było tak - schodząc z Tarnicy ku Wołosatemu przed nami szedł gość z przecudnym transfokatorem sprzężonym z dobrym aparatem. Przysiadł, lewą ręką uniesioną do góry, rozpostartymi palcami nakazał ciszę i bezruch. Wiedzieliśmy już wcześniej, o co chodzi. Jelenie, początki rykowiska.
Ale nie o tym - gość trzepał foty, myśmy patrzyli, nie zważając na to, co dzieje się wokół. Po parunastu minutach obejrzałem się wstecz - około setki ludzi, na szlaku, turystów, cichutko gromadziło się za nami, stając, przysiadając i gapiąc się. W ciszy.
I JUŻ NIE BYŁO "KSU", "Bieszczadzkich Aniołów", był błękit wieczoru, Księżyc w jakiejś tam fazie, zachodzące Słońce i przednocny chłód.
I były te jelenie.
Wtedy jeszcze zeszły sobie z drogi.



Odpowiedz z cytatem