Do cna się nasyciwszy zaległem w barłogu i dyndając między niebem a ziemią powoli odpływałem w krainę megamożliwości. Nim jednak puściła ostatnia cuma, wymyśliłem sobie małą katuszę na rozpoczęcie dnia następnego nastawiając budzenie na piątą rano.
Rankiem budzik zaterkotał, wokół nie było już ciemno, ale jeszcze niezbyt jasno. Po wykluciu się z larwy śpiwora podreptałem ku pobliskiej ambonie w celu pokłonienia się wschodzącemu słońcu. Idąc nie traciłem czasu i poddałem się porannej toalecie w wersji nieco okrojonej. Przetarłem więc oczy i oto co zobaczyłem ( foto 38 , 39, 40 ).
Kur zapiał, chęć była, krew wrzała – postanowiłem posiąść Gabryśkę. Powoli, acz niezwykle wytrwale pozbawiałem ją kolejnych warstw(ic) nas dzielących i powłócząc rozanielonym wzrokiem po jakże delornych kształtach jej wypukłości i zagłębień ( foto 41, 42 ), po dwóch kwadransach zmagań, zaszczytowałem ( foto 43 ). Gdy już ciśnienie i oddech powróciły do normy obiecaliśmy sobie kolejne tet a tet, ale o innej porze roku, w trójkącie z królową śniegu ( więc bardziej takie tet na dwie).
Jeszcze kawałeczek kontynuowałem wędrówkę w kierunku równika, ale docelowym na teraz punktem miał być Berlin. A wiadomo, jak na Berlin - to na zachód. Wykonałem więc zwrot na prawą burtę i wkrótce berlińskie bramy stanęły przede mną otworem ( foto 43, 44, 45 ).


Odpowiedz z cytatem