Wyłoniwszy się tuż przed przełęczą z lasu, ujrzałem odpoczywające pod jego ścianą stadko konnych ( foto 50 ). Byli to pierwsi i jak się okazało ostatni turyści, jakich spotkałem podczas mojej łikendowej wędrówki.
Na przełęczy skręciłem w prawo i czując na plecach oddech goniącego mnie tabunu rozpocząłem ambitną walkę z przewyższeniem. Dogonili i wyprzedzili mnie dopiero na szczycie i teraz podążając za nimi płażącym się grzbietem czułem znacznie mocniejszy oddech wydobywający się z naprzeciwległych końskim paszczom otworów. Na szczęście czworonogi okazały się zdecydowanie ode mnie szybsze i po wyjściu z zalesionego terenu mogłem popatrzeć na nie z góry ( foto 51 ). Grzbiet, którym podążałem był niezwykle widokowy ( foto 52, foto 53, foto 54 ). Już tylko niewielka odległość dzieliła mnie od drogi powrotnej.
Opadałem coraz wolniej, chcąc zatrzymać czas i na zaś się napatrzeć i nawdychać okolicą. Powyżej upamiętniającego cmentarz choleryczny krzyża ( foto 55 ), czyli w pobliżu zakrętu polnej drogi prowadzącej do cerkwi ( foto 56 ) spojrzałem prosto przed siebie na wysepkę łąk porośniętych małym zagajnikiem ( foto 57 ). Jakże inaczej prezentowała się ona spowita porannymi mgłami ( foto 58 ), wiosną, gdy przemierzałem ten odcinek trasy w kierunku przeciwnym – ale to już całkiem inna historia….


Odpowiedz z cytatem