16 lipca 1998 Czwartek
Podróż przebiegła bez zakłóceń. "Ekscytacja do granic wytrzymałości albo i bardziej :)" czekającą nas przygodą nie pozwalała zasnąć. Jechaliśmy w towarzystwie Zielonych Beretów - kilkudziesięciu chłopa na przepustki jechało - nawaleni a przez to rozmowni. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, m.in. że jak byśmy do woja chcieli iść to "nie do bordowych beretów bo to dupy są a nie wojsko" i że jak skaczesz ze spadochronem "to targa tobą jak szmatą"...
Jestemy w Zagórzu. Wyskakujemy z wagonu, chwila na ustalenie kierunkow świata :) i w drogę. Ponieważ nikt nam nie powiedział gdzie tak naprawdę zaczynają się Bieszczady uznaliśmy, że własnie jesteśmy w ich centrum i że czas założyć plecaki na plecy. Przejąłem przewodnictwo w stadzie i ruszyliśmy w stronę Tarnawy. Po przekroczeniu mostu na Kalniczce wspięliśmy się na stoki Gruszki. Plan był taki aby leśną drogą dostać się przez szczyt Gruszki do Hoczwi. Ostatecznie zniechęceni błotnistą drogą, zeszliśmy do Huzeli. Chwila odpoczynku niedaleko mostu na Sanie - połączona z rozmową ze starszym panem siedzącym na ławeczce pod drzwem. Dla nas "wyprawa życia" a on, gdy dowiedział się skąd jesteśmy, spokojnie stwierdził " Eee to blisko - myślalem, że z gdzieś daleka jesteście". Przeszliśmy most i dotarliśmy do Leska. Nie zatrzymując się w mieście dopadliśmy lasów na stokach Czulni. Tam dopiero zjedliśmy pierwszy tego dnia posiłek. Zaczęło dopadać nas zmęczenie. Tego dnia już nie dotrzemy dalej. Namiot rozbiliśmy w ciemnym zagajniku po zachodniej stronie góry, mając kilkadziesiąt metrów do brzegu Sanu. W oddali widać było zabudowania przyczółku Bachlawa.
Załączam kilka archiwalnych fotek - pochodzą z albumu "Zapomniane Bieszczady" Pawła Kusala.


Odpowiedz z cytatem