18 lipca 1998 Sobota
Poranek przyniósł jeszcze jedną niespodziankę. Zanim wyszliśmy z namiotu Artur powiedzia, że w nocy chyba ktoś się kręcił wokół nas. W świetle dnia zobaczyłem, że ten dziwny piach, na którym rozbiliśmy namiot to miejsce zryte przez zwierzynę. Obok stał paśnik. Śniadanie (godzina czekania na herbatę) upłynęło nam w pogodnych nastrojach - zaczęło wyglądać słońce, zrobiło się cieplej niż wczoraj. Spakowaliśmy się i podążyliśmy w kierunku Rajskiego. Przed mostem na Sanie skręciliśmy w prawo w stronę Studennego. Zazwyczaj wodę uzupełnialiśmy raz dziennie. Prosiliśmy w mijanych gospodarstwach o napełnienie butli. W Rajskim pierwszy raz (i ostatni) odmówiono nam w dość opryskliwy sposób. Od tego momentu ilekroć byłem w Bieszczadach sklep znajdujący się naprzeciw ośrodków wypoczynkowych omijałem szerokim łukiem. Taki mój prywatny bojkot połączony z embargo :). Pora obiadowa przypadła w połowie drogi między ośrodkami wczasowymi a mostem w Studennym. Siedząc na poboczu i zajadając konserwy, po trzech dniach, musieliśmy wyglądać na starych, obytych z górami Bieszczadników... a na pewno na paralotniarzy. Podeszły do nas dwie urodziwe dziewczątka i nieśmiało zapytały: "czy to wy jesteście tymi paralotniarzami, którzy mieli przyjechać je szkolić?" Z żalem, że nie jesteśmy, odpowiedzieliśmy że nie jesteśmy. Gdy się oddaliły zastanawialiśmy się, czy to chodzi o jakieś przelecenie, czy co... Nie rozwikłaliśmy tej sprawy. Za to woda w Sanie pod mostem w Studennym była cholernie zimna jak na lipiec. Pierwsza kąpiel od trzech dni jednak musiała się odbyć.
Sobota była jedynym bezdeszczowym dniem w czasie tej wyprawy. Przeszliśmy most i podązyliśmy stokówką i podnóża Otrytu. Zaczęliśmy dostrzegać jak bardzo niwni byliśmy myląc tereny Zagórza z prawdziwymi Bieszczadami. Tego dnia obserwując Tworylne z punku widokowego, docierać zaczęło do mnie, że to może być dłuższa przygoda - nie tylko na te wakacje. Wędrowaliśmy dalej - wypatrując drogi do mostu w Krywem. Otryt - nawet oglądany ze stokówki robi wrażenie. Wijąca się pusta droga, ciągle szumiące strumienie i sąsiadujący rezerwat daje sposobność do zachwytu - szczególnie gdy jest się tu pierwsz raz. Most w Krywem dopadliśmy późnym popołudniem. Prezentował się bardzo malowniczo w tle z bujną zielenią - mieliśmy swój dziki ląd. Teraz wiem, to był ostatni rok, kiedy można było przejść po tym moście. Wiosenna kra zniosła środkowe przęsło (załączam fotkę zdjęcia, którą wykonałem w domu pani Tosi w 2008r.). To co się działo później - to był najlepszy monent w czasie całego pobytu. Wspinaczka na Szczołb z czarnym wałem Otrytu za nami - rosnącym z każdą chwilą, ruiny cerkwi - zreszą sami Wiecie. Zakochałem się w Krywem w tym momencie. Do dzisiaj pamiętam jak bardzo było mi nieswojo. Gdzie my jesteśmy - myślałem ciągle. Na szczycie zaczął wiać zimny wiatr - mieszały się we mnie uczucia strachu i zachwytu. Nie szliśmy dalej. Namiot postawiliśmy na łączce mocno nachylonej w kierunku północnym w lasku na Szczołbie. Ze względu na wiatr nie rozpalaliśmy kuchenki. Kolega leżał już w namiocie, kiedy ja ubrany w płaszcz, zimową czapkę -zrobiło się naprawdę zimno- siedziałem przed namiotem i obserwowałem drapieżne ptaki szybujące na niebie i dolinę jak ze snów przeświecającą pomiędzy drzewami. NIe zapomnę jednego maleńskiego światełka na oborze państwa Majsterków - palący się całą noc. Dzisiaj już nie ma tego widoku - drzewa urosły, tak jak i sama polanka zarosła krzewami. To był jeden z tych dni, które zapamiętuje się na zawsze...


Odpowiedz z cytatem