SUPER!!!Dalej,DALEJ!!!
SUPER!!!Dalej,DALEJ!!!
WUKA
www.wukowiersze.pl
Dziękuje Wam. Pomyślalem, że po kilku miesiącach przyglądania się Forum, ja też coś dam od siebie - na powitanie.
Czyli dalej:
19 lipca 1998 Niedziela
Pobudka i od razu ocena sutyacji pogodowej: nie jest dobrze - ołowiane chmury zawisłu nam nad głowami. Zwijamy namiot, pakujemy dobytek i już jesteśmy na drodze (tej gruntowej, która schodzi do Krywego). Ze Szczołbu bardzo ładnie widać drogę do Zatwarnicy po drugiej stronie doliny Hulskiego. Pnie się ona do góry i nagle zakręca w lewo. Uznałem, że nic prostrzego nic zejść łąkami do Hulskiego i dojść do tej drogi. Podczas schodzenia zaczęło mżyć. Zaliczając kilka potknięc często zakończonych glebą :) dotarliśmy do brzegu potoku Hulski. Wczoraj widzieliśmy jak jakaś kobieta (teraz wiem, że to była pani Tosia) kierując UAZem bez problemowo podjechała trawersując to zbocze. Ja do dzisiaj nie mam takich umiejętności. Po drugiej stronie strumienia stoją zabudowania samotnego gospodarstwa. Przeszliśmy śliską kładkę w postaci kłody opartej o dwa brzegi i nie chcąc niepokoić mieszkańców zamierzaliśmy oddalić się w stronę stokówki. W tym momencie w drzwiach pojawił się człowiek (to chyba był pan Piotr - już prawdopodobnie mieszkał w Hulskim). Przeprosiliśmy i upewniliśmy się w kierunku marszu. Jakiś czas towarzyszył nam, potem zwolnił. Ponownie minęliśmy się pod kościołem w Zatwarnicy. Za pół godziny miała być Msza, więc zaczekaliśmy. W trakcie jej trwania rozpętała się nawałnica z piorunami. Ci mniej gorliwi parafianie, którzy słuchali kazania pod płotem, szczelnie wypełnili w popłochu wejście do kościoła :). Po skończonej Mszy plac opustaszał. My jeszcze chwilę zbieraliśmy się, gdy pojawił się ksiądz z jakimś rozmówcą. Nie zwróciem na nich większej uwagi, gdy zostałem zapytany o długopis - wymieniali jakieś dane między sobą. Potem poszli. "Ty! wiesz kto to był?" zapytał mnie Artur. "Przecież to Jan Maria Rokita". To tak odnośnie nietypowych spotkań na szlaku.
Skierowaliśmy się na Sękowiec. W planach mieliśmy przejście przez Otryt do Polany - niebieskim szlakiem. Rezerwat Hulskie robi wrażenie - może dlatego pogubiłem się i zamiast przejść na drugą stronę grzbietu szliśmy górną stokówką wracając do mostu w Studennym. Czas poświęcony na brnięcie przez błoto zmęczył nas solidnie i niestety zabrał parę godzin z tego dnia. Popołudnie spędziliśmy na brzegu Sanu robiąc przegląd ekwipunku i posilając się obficie. Muszę tutaj podziękować koledzei: przez cały pobyt jedliśmy tylko moje konserwy - aby odciążyć nieco mój plecak. W wyniku czego cały zapas Artur zabrał sprowrotem do domu. Takie doświadczenia procentują - mogę jedynie powiedzieć, że rok później byliśmy przygotowani wzorowo: począwszy od plecaków, przez lekki, nowy namiot, kuchenę gazową a na kryptonowych latarach kończąc :). Załączam zdjęcie zrobione tego wieczoru od strony mostu - jedno z moich ulubionych. Kiedy pół roku później oglądałem w tv "Projekt X" Bogusia Lindy poczułem się wyjątkowo bogaty w doświadczenie. Może ktoś z Was miał okazję widzieć odcinek z Bieszczad, jak samochodami terenowymi rozjeżdżali Bieszczadzkie drogi i jak organizowali "wielką" przeprawę przes San w Studennem (dokładnie w tym samym miejscu co załączone zdjęcie) i jak operator gimnastykował się aby nie uchwycić mostu 20 metrów dalej... ...no ale my nie jesteśmy twardzielami - pewnie też byśmy nie skorzystali z mostu :). Na nocleg wybraliśmy miejsce w zaroślach po prawej stronie drogi do Kalnicy - ok. 300 metrów od mostu.
20 lipca 1998 Poniedziałek
Tutaj można by już zakończyć opis. Jeśli chodzi o mnie, w czasie każdej wyprawy przychodzi moment "nasycenia". Nie planowana decyzja o powrocie. Tak było i tym razem - bez pośpiechu udaliśmy się do przystanku w Rajskim, wielokrotnie po drodze zatrzymując się i spoglądając wstecz. Wiedzieliśmy, że dotarliśmy do serca Bieszczad i że za rok własnie tu zaczniemy naszą wędrowkę. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Solinie obejrzeć zaporę (nie lubię tego miejsca - kilka lat później jeszcze raz tam z musu zawitałem, na krótko). Dojazd od Zagórza i oczekiwanie na pociąg relacji Zagórz - Warszawa. Rankiem w Radomiu wszystko już było inne - spojrzenia ludzi przede wszystkim. W "(już) moich" Bieszczadach byłem u siebie, a tutaj? Trochę obcy.
A Tatry? W sierpniu pojechałem, na jeden dzień...
Pozdrawiam,
Eggstwo
Marcin
bardzo mnie zawsze ciekawi jakie to uczucie... mnie sie to jeszcze nigdy nie przytrafilo..
fakt, zdarzalo mi sie zapragnac wracac z wyprawy do domu np. z powodu choroby, lub chciec zmienic miejsce wedrowania na cieplejsze, bardziej suche.. ale kazdy powrot wiaze sie dla mnie z poczuciem niedosytu i checia przedluzenia wycieczki..
czytajac twoja relacje , jedna rzecz nie dawala mi spokoju..odszukalam stary pamietnik.. jest szansa ze 18 lipca gdzies sie minelismy w studennym :)
Ostatnio edytowane przez buba ; 27-03-2009 o 21:41
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Teraz trudno wyjaśnić co to jest za uczucie- za bardzo tęsknię. To chyba coś w rodzaju ciszy w środku- gdy jedziesz w góry, lub oczekujesz na wyjazd są emocje, niecierpliwość. Gdy jest się zaprzątnietym codziennymi sprawami dochodzi stres... Po kilku, kilkunastu dniach wędrówki przychodzi spokój (nie chcę żeby to zabrzmiało jakoś patetycznie), ukojenie? Coś w tym stylu. Czujesz się dobrze - wiesz, że to miejsce nie przeminie - że zawsze tu można wrócić. A przedłużanie tego stanu może cię na niego uodpornić? Sorki - trochę to głupie, ale tak to czuję.
Co do minięcia się w Studennym - całkiem możliwe...![]()
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)