hehe gdyby procedura patentowa byłaby prostsza, życie wielu turystów plecakowych odmieniłoby się. Od zabezpieczenia siebie, dobytku na plecach do technik maskowania na biwaku. Każdy ma jakieś swoje, wypróbowane sposoby aby z gór wyjść cało...
hehe gdyby procedura patentowa byłaby prostsza, życie wielu turystów plecakowych odmieniłoby się. Od zabezpieczenia siebie, dobytku na plecach do technik maskowania na biwaku. Każdy ma jakieś swoje, wypróbowane sposoby aby z gór wyjść cało...
Ostatnio edytowane przez Eggstwo ; 28-03-2009 o 00:01
16 lipca 1999 Piątek
Autosan zjechał szosą w dół, przejechał po moście na Sanie i zniknął za zakrętem drogi. My niespiesznie, sycąc wzrok tak upragnionym widokiem, pokonywaliśmy kolejne metry dzielące nas od drogi do Studennego.
Po minięciu ośrodków wczasowych droga wspina się nieco. Pamiętałem San z jego krystaliczną wodą. To co zobaczyłem w dole tym razem, wprawiło mnie w osłupienie. Na całej szerokości rzeka toczyła jasnobrązowe wody - efekt kilkudniowych opadów. "Ładne powitanie" Niebo zasnute było chmurami, deszcz wisiał w powietrzu. Było duszno. Przy moście w Studennym przebrałem się, zmieniłem buty. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Pół godziny później wyszliśmy z zarośli na łąki Tworylnego. Słońce też wyszłoi jednocześnie zaczęło padać - niewielki przelotny deszcz, ale zrobiło się jeszcze bardziej parno. Chatka Prominenta zapraszała do środka, za nią aleja dworska. Nie wiem czemu, ale Tworylne kojarzy mi się własnie z tymi drzewami. Nie z filarami stodoły czy miejscem po cerkwi. Może dlatego, że te drzewa wciąż tam żyją?
Mijamy schody "donikąd", cmentarze - Artur główną drogą, ja obchodze je po wschodniej stronie. Skręcamy zgodnie z drogą w lewo. Bobry jeszcze tu nie dotarły. Wtedy nieliczne kolonie trzeba było chronić w rezerwacie (w Uhercach). Dzisiaj bestie mają się dobrze, przysparzając - jak czytam w Waszych relacjach - nie lada kłopotu wędrowcom. Mam nadzieję, że podobnie będzie z wilkami...
. Wczesnym popołudniem docieramy do drogi w Krywem wiodącej do zniszczonego mostu. Kierujemy się w drugą stronę. Wszędzie słychać cykanie owadow, łąka żyje. Pomiędzy drzewami w zaroślach widać stojące słupy z lampami i nic co by miały oświetlać. Swoją ciekawość zaspokoiłem w zeszłym roku: były tam pozostałe stodoły PGRu. O ile dobrze pamiętam było ich trzy w dolinie - pozostała jedna użytkowana przez państwa Majsterków. Skręcamy w ścieżkę prowadzącą do stóp wzgórza cerkiewnego. Na Diłok dostaliśmy się wschodnim zboczem na przełaj brnąc przez trawy. Niby tylko (i aż) mury, a jak doskonałą sposobność do refleksji dają - ile ludzkich nadziei, próśb i dziękczynień do Boga tam wznoszono. Niestety nie wszyscy przybywający potrafią to uszanować. Jednocześnie smutny jest proces samoistnego niszczenia Świątyni - wystarczy wspomnieć o zwieńczeniu okna na wprost wejścia...
Trochę sentymentalne ten opis mi wyszedł :) - ale trasa pokonywana tego dnia skłania ku temu. Wróciliśmy do drogi wiodącej na Szczołb. Niebo już całkiem się przetarło z chmur. Dziwne, ale tym razem podczas podchodzenia na wzgórze nie czułem się już takim "intruzem" jak rok wcześniej. Otryt wydawał mi się bardziej przyjazny a wiatr, który pojawił się jak wtedy - znienacka - przyjemnie chłodził - nie "kazał" wyciągać zimowej czapy :). Nasz pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w znanym już miejscu. Polanka na Szczołbie nie zmieniła się przez te kilka miesięcy. Po kolacji szybko zasnęliśmy - jeszcze widno było, brak snu poprzedniej nocy dał się we znaki. Jak zza ściany dotarł jeszcze do mnie odgłos jadącego - za drzewami powyżej - samochodu w stronę Krywego - pewnie pani Tosia wracała do domu....... Dobranoc.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)