Pokaż wyniki od 1 do 10 z 21

Wątek: Bieszczady 1999

Widok wątkowy

  1. #8
    Bieszczadnik
    Na forum od
    08.2008
    Rodem z
    Radom
    Postów
    36

    Domyślnie Odp: Bieszczady 1999

    18 lipca 1999 Niedziela
    Na 8.30 idę do kościoła w Dwerniku. W czasie ogłoszeń ksiądz prosi parafian aby "któregoś dnia wzięli trochę ropy i zakonserwowali nowo postawione ogrodzenie przykościelnego parkingu". To takie oczywiste - czego jak czego, ale ropy ci tutaj dostatek. Po Mszy wracam do namiotu - Artur jeszcze drzemie. Słońce po porannym zachmurzeniu zaczyna znowu mocno dogrzewać. Śniadanie: chleb z pasztetem z puszki popijany herbatą - trochę za gorącą. Na szlaku z Koliby zrobił się ruch. Co chwilę wychodzi z lasu grupka wędrowców. Wczoraj to miejsce wydawało się lepeiej ukryte. Po dziesiątej ruszamy w stronę Nasicznego. Wędrówka nie przysparza żadnych trudności, W Tatry zabierałem zawsze jakieś mocne buty na grubej podeszwie. Takie trapery miały jedną wadę: wagę - jednak tam raczej nie dźwigało się dobytku na plecach, więc nie było to specjalnie uciążliwe. W Bieszczadach od zawsze chodzę w obuwiu roboczym - "przemysłowe obuwie z antypoślizgową, antyolejową, antygrzybiczną, kwasoodporną, wzmocnioną i antyprzebiciową podeszwą bez metalowego podnoska oraz wysokimi holewkami". Był czas, że miałem do nich nieograniczony dostęp, więc od lat na każdą wyprawę idę w nowych buciorach. Nigdy jeszcze nie doświadczylem w nich obtarć, czy jakichś innych usczerbków na zdrowiu. Wybierałem zawsze takie, które przy solidnej konstrukcji były najlżejsze. NIe rozwaliły się też nigdy przed powrotem. Upał doskwiera niemiłosiernie - słońce świeci nam prosto w twarze. Wchodzimy do Nasicznego, są kaskady - woda wyśmienita - bez kąpieli dzień byłby stracony. Zresztą nie tylko ja doszedłem do takiego wniosku. Kilka osób już zajęło wyżej położone skałki. Po godzinie jesteśmy w dalszej drodze. Teraz to już bajka. W pewnym momencie widać piętrzącą się nad nami Połoninę Caryńską. Mijamy kamieniołom. Coraz częściej na południu odsłania się Dział. Spośród przydrożnych drzew wyłania się leśniczowka ze sklepikiem i wiatą. Przed słońcem chroni się tam spora grupka. Przekraczamy bramę i uważnie rozglądamy się za miejscem do rozbicia namiotu. Wybieramy kawałek łąki przy jej zachodnim skraju - niedaleko ścieżki do strumienia wijącego się w dole za ogrodzeniem z tyczek. Po zapłacie za nocleg rozbijamy się. W tym samym czasie obok nas ktoś inny przygotowuje sobie schronienie. Cały swój tułaczy dobytek przywiózł na motocyklu. Stojąca w pobliżu maszyna przyciąga mój wzrok. Od zawsze marzyłem o Yamszce Virago, ale byłbym łaskaw zaakceptować każdy inny motocykl, który choć trochę przypominałby chopera. A tu: wspaniała, ogromna Honda. Natchniony tym widokiem idę zamyślony zrobić małe pranie w Prowczy. Przypomniałem sobie cały repertuar dotykający temat motocykli. Jak przypomniałem to i zaśpiewałem - nikogo w jarze nie było, to szkoda było nie wykorzystać panującej tam akustyki. Ostatecznie najbardziej podpasowały mi kawałki Dżemu i Harlemu. Po kilkakrotnym bisowaniu, z już czystymi skarpetkami wspiąłem się na skarpę i przeszedłem pod płotem. Przywitały mnie rozchachane gęby: Artura i owego motocyklisty. Rzeczywiście później przekonałem się jak doskonale niesie się dźwięk z koryta strumienia do miejsca gdzie postawiliśmy namioty.
    Nasz sąsiad okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. W "normalnym" życiu zajmował jakieś wysokie stanowisko - a urlop wykorzystywał na podróż przez południową granicę Polski. Obecnie dosiadał Hondy, ale przyznał się, że zbiera na Harley'a. Późnym popołudniem wybrał się na przejażdżkę. Wrócił wieczorem po objechaniu Połoniny Caryńskiej. W międzyczasie na pole zawitali dość nietypowi goście. Od strony Dwernika zajechał furgon, odsuwają się drzwi i ze środka wypada na ziemię plecak, a za nim z nie mniejszym impetem wielki marynarski wór. Po chwili wychodzi facet, przeciąga się, omija toboły i wchodzi na plac, rozgląda się i staje w geometrycznym środku pola. Z samochodu wychyla się jego towarzyszka, dziękuje kierowcy za podwózkę i na jedno ramię z trudem zakłada plecak, następnie pod drugą pachę bierze wór, który okazał się czteroosobowym namiotem i wygięta z pytającym spojrzeniem kieruje się na swojego kolegę. Ten głową wskazał miejsce, które wybrał pod namiot. Wydając odpowiednie komendy skutecznie doprowadził do postawienia konstrukcji. Pora obiadowa skłania do zrobienia obiadu. Koleżanka chodząc od namiotu do namiotu próbowała pożyczyć jakiś kocher. W końcu wypatrzyła nas. O dziwo zamiast o maszynkę, zapytała: "chłopaki macie może fajki?" Kurcze! nie miała szczęścia - my niepalący. Ale wodę pewnie byśmy jej zagotowali - jednak z obiadem dała sobie już spokój. To nie spodobało się jej partnerowi - zrobił jej scenę na środku pola, następnie urażony zaszył się w namiocie. Poszła na spacer... O zmroku Pan i Władca - jak go zaczęliśmy nazywać - zaczął rozglądać się za partnerką. Noc upłynęła spokojnie - przed snem słuchaliśmy jak przy ognisku gitarzysta intonuje, "Obława, obława na dzikie wilki obława..." ...ale najważniejsze, że Pan i Władca przebaczył partnerce (cokolwiek by to było) - bez krępacji godzili się długo w noc
    Załączone obrazki Załączone obrazki

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •