Czytam i czytam i już nie wiem, z kim się zgodzić:) W zasadzie to wszyscy mają rację. Lecz nie padło jedno - propozycja, aby zacząć limitowa wejścia w najbardziej zatłoczone miejsca, które jednocześnie odznaczają się wysoką wrażliwością na obecność ludzi. Nie jest problemem stworzenie mechanizmu limitowania, a jedynie ustalenie, które miejsca warte są takich działań. Czyli - wszystko sprowadza się do prowadzenia monitoringu negatywnych wpływów ruchu turystycznego na przyrodę. Jeśli nie ma takich miejsc, gdzie należy limitować wejścia, to niestety trzeba się pogodzić z tłumami i zagrodami, które ograniczają rozlewanie się tłuszczy na okolice szczytów.
Na marginesie - bieszczadzkie płoty wierzchołkowe nie są aż tak straszne. Polecam odwiedziny na Trzech Koronach:D:D:D Tam dopiero przeżywa się szok, gdy wędruje się po stalowym pomoście i z takiejż platformy diwa se na landszaft. I to za piniondze:)
I obserwacja z ostatniego mojego pobytu w Bieszczadach. Odbył się w lipcu, było gorąco jak diabli. 3/4 ludzi na szlakach zajmowało się walką z przegrzaniem, narzekaniem na pogodę itd. Ci ludzie nawet przez chwilę nie zwracali uwagi na 'otoczenie przyrodnicze szlaku', nie konsumowali tego, po co przyszli. Więc powstało pytanie: czy aby oni wiedzieli po co pchali się na górę?:O Może czas zacząć robić jakąś wojnę propagandową w celu zniechęcenia takich przypadkowych szwendaczy do łażenia po górach? Nie wiem jak ale może by się udało część ludzi zastopować na etapie podejmowania decyzji idę, nie idę w góry? Rozumiem dyrekcje pn-ów, które zachęcają do odwiedzin, bo to oznacza większe wpływy. Ale może to jest jeden z głównych błędów systemu? Bo czy zwiększenie budżetu wszystkich pn-ów np o 100 mln złotych rocznie byłoby aż takim kosmicznym wydatkiem dla państwa przepieprzającego miliardy na bzdety? A umożliwiłoby zdjęcie obowiązku opłat za wstępy z turystów. Tym samym przyroda przestałaby być towarem - bo chyba nie powinna nim być?
Pozdrawiam,
Dercikspieczonynapołoninach


Odpowiedz z cytatem