Witam!

Miałem podobną przygodę, mniej więcej w tej samej części Bieszczadu. Byłem wtedy wraz z kumplem i dwiema dziewczętami. To było w 92 albo 93 roku, bo stał już pomnik po katastrofie śmigłowca z milicjantami. Szliśmy z Cisnej czerwonym szlakiem do Smereka. Pogoda była śliczna i nic nie zapowiadało zmiany. W połowie podejścia pod Rożki zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Przez las nie było widać, czy długo jeszcze popada, więc szliśmy dalej. Przy wyjściu na polanki pod Małym Jasłem okazało się że chyba zaczęła się tygodniówka. Naradziliśmy się co robić, bo chodzenie w mokrej trawie po pas nie należy do przyjemności. Dość często bywałem wówczas w „Schronisku u Stacha” w Roztokach Górnych, więc wiedziałem, że jest tam przystań gdzie można wysuszyć przemoczone ubranie. Zaproponowałem "szybki" skrót. Do dyspozycji były wtedy tylko mapy w skali 1:75000. Na mapie była narysowana ścieżka od źródełka na przełęczy pod Jasłem do szlaku niebieskiego wychodzącego w Roztokach Górnych. No to idziemy. Po pewnym czasie strumyk zrobił się coraz szerszy, a ściany wąwozu coraz wyższe (adekwatne byłoby tu zdjęcie zamieszczone przez MarkaM wyżej). Po jakiejś godzinie zauważyłem niewyraźne miny moich znajomych, więc zaproponowałem krótki odpoczynek. Mariola oparła się o drzewo i ... runęło. Trzeba było iść dalej. Wąwóz zakręcał a kolega szedł pierwszy. Usłyszeliśmy krzyk i niesamowite przekleństwa. Okazało się, że rzeczka za zakrętem rozlana była na całą szerokość wąwozu i kolega chcąc ją przeskoczyć poślizgnął się i wpadł do niej do góry nogami (czyli plecakiem do wody). Wyglądał jak niezgrabny żuczek machający bezradnie nogami i rękami. Nie mogłem się powstrzymać i śmiałem się do łez. Oczywiście plecak cały zamókł kolega się obraził. Dopiero po godzinie dotarliśmy do polany, gdzie ukazał się następujący widok: jak okiem sięgnąć mgła. To przechyliło szalę goryczy i usłyszałem, że więcej już tu nie przyjadą. Wg mapy należało iść w prawo. Ale znajomi byli coraz mniej ochoczo nastawieni do wędrówki i nie wierzyli że za 500 m jest szlaban a po lewej stronie schronisko. Na szczęście u Stacha zawsze można było liczyć na ciepły piec i gorącą herbatę. Obecnie schronisko to nazywa się „Cicha dolina” i w niczym nie przypomina tajemniczej i przesyconej duchem Bieszczadu strażnicy WOP. Tamte czasy się nie wrócą a nowi właściciele najbardziej lubią liczyć pieniądze. Z drugiej strony może to być dobry przykład iż w górach nie należy zbaczać z oznakowanych szlaków i na siłę z mieszczuchów nie robić traperów.

pozdrawiam

J.Lupino

ps.
Do zobaczenia 14 września w Dwerniku.
Można tylko pozazdrościć SB, że już tam jest.