>może ktoś jeszcze podzieli sie wspomnieniami?

Cos mnie "natchnienie" całkiem opusciło ostatnimi dniami :(
Ale, ponieważ o przygodach na szlaku juz było, to ja z innej beczki - w dobie zblizajacej się zimy:
Z pamiętnika narciarza...
Zimowe ferie 1987, może '88. Siedzę w Komańczy, od kilku dni mróz do
-32C, ale da się żyć. Zwlekam się z łózka, mamy dzis z Jackiem jechać do Karlikowa na wyciąg. Spoglądam za okno - nic nie widac. Zadymka, widoczność 5m - nie jedziemy do Karlikowa, ale za to mróz puscił. Na feriach dzień bez nart, jest dniem straconym, więc pomimo, iż przez okno nie widać czy poczciwy wyciąg komańczański dziś ruszy, postanawiamy iść to sprawdzić. Chodzi. Takich wariatów jak my jest jeszcze kilku. Uroku zabawie dodaje wielkie drzewo rosnące na środku wyciągu, wyłaniające się przy takiej widoczności parę metrów przed narciarzem :) Tak spędzamy czas do obiadu, po czym tradycyjnie, aby zaoszczędzic drogi idziemy od górnej części wyciągu drogą w las, prawie do szczytu Dyszowej. Stamtąd "grzejemy" w stronę skad przyszlismy. Taki manewr pozwala na uzyskanie dość dużej prędkości juz w gornej częsci wyciagu, a co za tym idzie mozemy bez wysiłku dojechać grzbietem, aż do drogi biegnacej z Komańczy do Prełuk, kawałek poniżej schroniska, na drodze ostry "zwrot" w lewo i tu juz slalomem pomiedzy wysypanym na drogę popiołem "lecimy" prosto na most przez Osławicę. Parę ruchów "łyzwą" i jestesmy przy kościele, a stąd drogą tez z góry - kto kombinuje ten zyje
Przestało sypać, więc po obiedzie idziemy na przeciwległy do wyciągu stok.
Śnieg skrzypi pod butami, co rusz z drzew spadają drobniutkie płatki trącone przez wiatr, bądź zmarznięte ptaki. "Czapy" na pobliskim swierkach wygladaja cudnie. I ta cisza. Przed nami przebiega lis, nie spieszy się, zatrzymuje i chwilę nam przygląda, potem z duzym wysiłkiem biegnie do lasu - snieg po tak obfitych opadach jest wyjątkowo głęboki i puszysty - lisek skacze jak kangur, aby posuwać sie do przodu.
Jestesmy na stoku otoczonym z dwóch stron lasem, a z góry młodnikiem świerkowym, lediwe widocznym spod olbrzymich zwałów sniegu. Zakładamy narty i pieczołowicie ubijamy snieg, wchodząc do góry "boczkiem" i 'jodełka". Przed "ścianą" młodnika dochodzimy do wniosku, że chyba przejdziemy ten lasek i zjedziemy w przeciwną stronę - do cerkwi prawosławnej, długość tamtego stoku jest nieporównywalna. Najpierw jednak próbujemykilka razy zjechac tutaj. Gdy już się nam znudziło ciągłe wychodzenie, mamy w końcu iść na tamtą strone. Postanawiam jednak, że jeszcze raz sobie "śmignę". W dolnej części, po prawej, płynie potoczek, stok kończy się "wąskim gardłem" otoczonym lasem. Tradycyjny rozped "łyżwą" i pedzę w dół. Coś tam po drodze pokrzykuję jeszcze do Jacka i spoglądam do tyłu. Jestem juz praktycznie na dole, jednak to krótkie spojrzenie w tył kosztuje mnie sporo - z dużą predkością wpadam w głeboki snieg, poza "naszą" ubita trasą. Śnieg jest głębszy niż myslałem i nastepuje niesamowite hamowanie - po prostu zatrzymuje mnie on "w miejscu". Ból w kolanach. W ułamku sekundy decyduje sie na przewrót w przód i tym ratuję być może oba kolana przed złamaniem. Pozwalaja mi na to krotkie narty (160cm), ktorych uzywam, bo na takich najlepiej robi się rózne "piruety" i inne "wygibasy", z pewnością na ponad 2m nartach cos takiego by nie przeszło. I tu pojawia się nieszczęsny potoczek. Robiąc przewrót siła wrzuca mnie do potoka, płynie on tu wąskim parowem, jakby na złość mi dopasowanym do mnie :) Upadam na plecy prosto w potok, narty wbijaja sie w snieg. Cholera nie mogę się poruszyc - wbiłem się pomiedzy scianki parowu, którym płynie potok. Jacek bedzie miał ubaw. Nic to - szamotam się dalej - nie ma szans, jeszcze gdyby narty się wypieły to co innego. Ale zaraz, kto to dokręcił na "chama" bezpieczniki w wiązaniach, własnie tak, aby nie miały prawa się wypiąć i testował skuteczość tego zabiegu walac młotkiem po butach, co pozwoliło sprawdzić czy się aby nie wypną, czyzby ja? :) Tymczasem zaczyna się dziac cos dziwnego, bo robi mi się mokro na plecach i tak jakoś zimno. Przeciez podemną płynie potok, tylko czemu jest go coraz wiecej? Nagle uzmysławiam sobie, że moje plecy robia teraz za kolejn ą bieszczadzką zaporę, nie taka duża jak ta solińska, ale zawsze coś... Robi się niewesoło, bo wody rzeczywiście przybywa i zaczynam ją już czuc za kołnierzem. Słysze jak Jacek "drze" się na pół Komańczy, że on nie bedzie zjeżdzał, bo mu się nie chce wchodzić z powrotem i zebym przestał się wygłupiać. Myślę - trudno. Nie bedę się wydzierał - wezmę go na przeczekanie. Po kilkunastu minutach słyszę charakterystyczny odgłos sunacych po sniegu nart. Jest Jacek. Ciesze się, że wreszcie bedę mógł wyjść. Tymczasem on odśpiewuje "Gdy strumyk płynie z wolna" i rechocze- mam ochotę następnym razem testować bezpieczniki jego głową. Wreszcie wypina mi narty i pomaga wyjść. Jestem wściekły, tylko jeszcze nie wiem na co. Rzucam narty w krzaki i idę coś zjeść z mocnym postanowieniem, że nie będę już jeździł. Po godzinie wracam po narty. Są - moje kochane... :)))
cdn...(?)
Tak wracając do tego jeszcze parę razy myslami, doszedłem do wniosku, że gdybym był sam, mogłoby to się kiepsko skończyć - tam zimą nikt nie chodzi. Woda zapewne nie podeszłaby na tyle wysoko, żebym mial z tego powodu problemy, ale jakieś zapalonko płuc byłoby bankowo.
Zdrowia
Piotr
P.S. duzo mamy narciarzy na Forum?