Schodzimy do Ust Czornej, która nas jak zwykle wita "lisorubem".



Oraz klimatami tartaczno - kolejowo - błotnistymi.





W jakiejs knajpce rzucamy sie na solianke i kahory.





A na nocleg walimy w sprawdzone miejsce. Spaliśmy juz tu 3 lata wczesniej. Opuszczony stadion na obrzezach miejscowosci. Miejsce spokojnie, odludne, zadaszone, przestronne. Deszcz nam nie grozny. Jest gdzie wysuszyc i rozłozyc rzeczy, wyłozyc sie mozna na suchutkich dechach a i gdzie impreze wieczorna zapodac. Gdzies tam w oddali grzmi... Moze i dobrze, ze nie zostaliśmy w tych rurach na Krasnej?









Kolejny dzien to juz niestety powrót. Najpierw przemierzamy swiat klimatycznym autobusem.



A potem elektriczką. W odróżnieniu od tej tydzien temu do Wołowca - ta jest zupełnie pusta. Tylko my i ryby. Bo znajdujemy w plecakach kilka puszek. Ale nie mamy chleba. Obchodzimy cały pociag z misją “wymienie rybe na chleb” ale nikogo chetnego na takową transakcje nie znaleźlismy. Chyba w ogole mało kogo znalezlismy.







Służba ochrony tuneli widziana przez brudne i mokre szyby.





Powrót mija nam na planowaniu wrzesniowego powrotu w Karpaty... Mają być Gorgany, wypatrzone kilka dni temu ruiny na bocznym grzbiecie Borżawy, Burkut a może i Czemirne... Jeszcze nie wiemy, że nasze dokładnie co do dnia usnute plany szlag trafi na jednym mostku przed Osmołodą, a los szykuje zupełnie inne (a moze i lepsze) przygody.. Póki co zawzięcie planujemy, świdrujemy oczami w mapy, mierzymy odległości - bo wydaje nam sie, że przyszłość to coś, na co mamy wpływ...