kolo 14 żenia prowadzi jakieś spotkanie z zuchami więc musimy wracac
do szcziolkina. On idzie na spotkanie a my dostajemy zadanie
zrobienia obiadu- zostawia nam ziemniaki, cebule oraz grzyby- z tego
ma być obiad. ( co gorsza mowiac to on glownie patrzy na mnie..). Aha,
nie są to jakieś zwykle grzyby.. nie przypominaja zadnych które
kiedykolwiek widzialam, a rosna ponoc na drzewach w lesie kolo
szcziolkina. Cos jak skrzyzowanie huby, pieczarki i kurki. I nawet
wychodza bardzo smaczne z cebulka i ziemniakami. I jak widac- są
jadalne. A może sprawe uratowala glinka???




aha- ciekawa jeszcze rzecza jest ze gotowanie obiadu to nie taka
prosta sprawa- elektryczna kuchenka mnie kopie!!! tzn kopie mnie
patelnia stojaca na kuchence! raz to myslalam ze mi się zdawalo, ale
drugi i trzeci?? Żenia się dziwi jak to mozliwe- gdybym bez butow
stala na podlodze to tak! Ale na gumowej podeszwie? Niedopuszczalne! W
koncu poucza mnie ze nie miesza się metalowa lyzka tylko drewniana- to
nie będzie kopac. No niby ok... ale jak wytlumaczyc ze żenie kopnela
lodowka?

popoludniem, również na motorze, jedziemy do ruin elektrowni.



Do
budynku glownego reaktora ponoc nie można wejsc (a przymajniej żenia
nie ma tam wtykow). Zajezdzamy budynek od tylu i tam łazimy.









Najwieksze wrazenie robia na mnie stosy ogromnych zardzewialych rur








wieczorem znow imprezka, kolacja, winko, ogladanie zdjec.

A rano , nie bez zalu, opuszczamy szcziolkino- kierujac się na
feodozje i sudak.. taaak.. na tym etapie dochodzimy do tego ze na
mierzeje arabacka i karabi jajłe nie starczy nam czasu.. (buuuu a
najgorsze ze nie starczy na parade... na która żenia tez nas namawia)