Czytajac "biała goraczke" hugo badera spodobal mi sie fragment, ze marzeniem wszystkich radzieckich hipisow byla podroz elektriczkami z moskwy do wladywostoku i kazdy chcial przynajmniej raz w zyciu przebyc w taki sposob ta trase. Ile musialoby to trwac skoro normalny pociag jedzie ponad tydzien? czy byloby mozliwe do wykonania dla obcokrajowca? Dlatego pomysl tomka z forum www.rosjapl.info/forum wydal mi sie idealny. Wariant blizszy, krotszy i latwiejszy- elektriczkami na krym!!! :D
<topeerz> Mi to się mniej spodobał, bo wiedziałem jak się skończy. Dobrze, żeśmy nie przywieźli ze sobą konopii i łodyg maku (niewiele brakowało – hippisi wracali zwykle z łupami). Buba od razu zaczyna swoje polowanie na „szerokie czapki” które zostało uwieńczone powodzeniem dopiero na Krymie …</topeerz>
Ze lwowa ruszamy wczesnym rankiem. Termometr dworcowy wskazuje 3 stopnie, wieje lodowaty wiatr a my czekamy na peronie na nasza pierwsza elektriczke. Wszystkie perony sa puste tylko na naszym kłebi sie dziki tłum. Przynajmniej tyle ludzi co kwiatków. Tak!! Naszymi wspolpasazerami beda cale kartony kolorowych bratkow, ktore z nieznanych nam przyczyn musza odbyc podroz na trasie lwow- tarnopol.
<topeerz> A najgorsze, ze na trasie Wrocław-Lwów jedziemy polskim wagonem a nie ukrańskim - nie ma Lvivskiego za 3 złote!. I jakby ciaśniej ...</topeerz>
Elektriczka podjezdza oczywiscie najkrotsza z mozliwych.., wiec gdy ja juz widac na horyzoncie, ludzko -kwiatkowy tlum zaczyna obierac dogodne pozycje, by gdy pociag sie zatrzyma, z donosnymi okrzykami, tratujac wszytsko po drodze, ruszyc w kierunku drzwi. trafiamy gdzies w srodek tlumu. Przestaje dotykac nogami peronu a fala unosi nas wraz z plecakami przed siebie.
<topeerz> Aż się przypomiją studenckie wyjazdy do Wilkas … to wsiadanie przez okna zanim się pociąg zatrzyma i deptanie po kłębiącym się tłumie … Muszę jednak przyznać, że polscy studenci to łamagi i amatorzy jeśli chodzi o walke o miejsca w pociągu … Nigdy nie sądziłem, że dwie 70 letnie babcie – na oko po 40 kg + kwiatki - są w stanie mnie odepchnąć na bok :) W końcu miałem tylko trzykrotną przewagę masy</topeerz>
Jednak nie przegralismy w tej walce- mamy miejsca siedzace a plecaki stoja na ziemi a nie na naszych kolanach.
w tarnopolu okazuje sie ze internetowy rozklad nie klamal- faktycznie jest jedna dziennie elektriczka do wołoczynska i juz pojechala.. szukajac dworca autobusowego dajemy sie naciagnac taksowkarzowi, ktory nam wmawia ze dworzec jest daleko a ostatni autobus na wołoczynsk odjezdza za pol godziny. Widzimy ze cos jest nie tak jak koles zaczyna nas wozic w kolko po miescie malymi uliczkami, coby wydawalo sie ze jest daleko..a na koniec domaga sie dwa razy wiekszej oplaty niz sie umawialismy na poczatku! i nie chce nam oddac plecakow z bagaznika jesli mu nie zaplacimy! Na szczescie madry toperz mowi ze kase mamy w plecakach, wiec musimy je wyjac. Jako ze koles nie dostal tyle kasy co chcial, zegnaja nas rozne klatwy i wyzwiska.. na szczescie pozostaje to jedynym niesympatycznym wydarzeniem na tym wyjezdzie.
<topeerz> A taksiarz był na tyle dobrym aktorem, że do teraz nie mamy pewności czy się nie dogadaliśmy co do ceny czy nas wkręcał … Jeden wniosek do którego doszliśmy – nie ufać młodym – bo dla nich to tylko kasa się liczy. Jakoś tak śmiesznie jest, że tacy co jeszcze wspominają z łezką w oku sajuza (czytaj 40+) jak się umówią – to nie zawalą. A z młodymi to róźnie bywa ... </topeerz>
W wołoczynsku mamy ze dwie godziny na powloczenie sie po miescie,
odwiedzenie knajpek a nastepna elektriczka zawozi nas do chmielnickiego gdzie nocujemy w dworcowych "kimnatach widpoczynku"
Rano jedziemy do żmerinki. Na tej trasie przekraczamy chyba jakas niewidzialna granice- od tego momentu praktycznie wszyscy spotykani przez nas ludzie mowia glownie po rosyjsku, ukrainski slyszy sie coraz rzadziej (glownie w dworcowych megafonach).
<topeerz> Najzabawniejsze jest to jak języki przeplatają się. Czasem dwóch ludzi rozmawia ze sobą tylko jeden pyta po ukraińsku a drugi odpowiada wyłącznie po rusku - i świetnie się rozumieją. Nikogo także nie dziwi, że dwa warianty cyrylicy przeplatają się z alfabetem łacińskim ...</topeerz>
W zmerince na peronie mamy totalny "full wypas". Grzejemy sie w sloneczku, gdy wjezdzaja dwa dalekobiezne pociagi : moskwa-odessa, i kiszyniow-moskwa a wokol pojawiaja sie stada handlujacych babuszek: wareniki, pierozki, z kapusta, z kartoszka, miesem, watrobka, powidlem, piwo, herbata, cukierki, suszone ryby, ogorki. Doslownie wszytsko, "czym chata bogata" :) babuszki grupuja sie przy drzwiach pociagow, a my ku ich ogromnemu zdziwieniu atakujemy je od tylu, od strony peronow. Wiec mamy pierwszenstwo do najlepszych smakolykow :) kolejne godziny mijaja na peronie w milej atmosferze, czekajac na nastepne pociagi, z wypchana buzia, zlocistym napojem pod reka i przygladajac sie lokalnemu zyciu.
<topeerz> Z powidłem był tylko jeden!! Uwaga: nie mylić pierożków z warenikami – nazwy są mylące! Bubę tak „wzięła” atmosfera, że nawet zjadła pierożka z ziemniakami i grochem i tego nie odchorowala</topeerz>
![]()




</topeerz>




Odpowiedz z cytatem