Milo wyjsc rano z namiotu na totalnie pusta plaze!! Bo sasiednia plaza to dosyć zatloczona





jakos nieskoro nam idzie pakowanie, zbieranie się, skladanie namiotu...



tego dnia mijamy tereny bardziej gorzyste



i nie spotykamy totalnie zadnych ludzi

na nocleg upatrujemy sobie kolejna plaze




gdzie mamy nawet prywatna mini jaskinie, skalny dziedziniec, nie wiem jak to nazwac. Jakieś 3 na 3 metry, otoczone skalami, od gory otwarte, a dochodzi się tam bardzo waska szczelina.



Siedzimy sobie na plazy obserwujac zblizajacy się zachod slonca. Sielanke psuje pojawienie się dziwnej motorowki. Plynie dosyć szybko, ale w momencie jak nas zauwazaja siedzacych na plazy, zwalnia,wylacza silnik i chwile kreci się w kolko. Wyglada troche jakby nas obserwowali przez lornetki.. Po jakiś kilku minutach zapalaja silnik i odplywaja..
A nam robi się troche łyso.. to pierwsi dziś napotkani ludzie.. tutaj takie odludzie a my tylko we dwojke.. maja nas tu namierzonych jak na talerzu i dokladnie obejrzanych.. kto wie czy wiedzac w której zatoczce siedzimy, nie pojechali do wsi po kumpli i nas nie odwiedza w nocy w niekoniecznie przyjacielskich zamiarach.., w koncu można tu latwo dojechac i motorowka i autem..a może to tylko rybacy przygladajacy się z ciekawosci, bo zwykle na plazy tylko mewy?
Jakos tak zwykle wolimy zeby na wszelki wypadek nikt nie wiedzial gdzie stawiamy namiot..
Ale opuszczac taka piekna plaze?

W koncu jednak decydujemy się przeniesc w inne miejsce- dalej od morza znajdujemy mila dolinke wsrod skal.




Czy miejscowi mieli jakieś zle zamiary czy tylko my jestesmy przewrazliwieni na zawsze pozostanie tajemnica...

A wogole to dzisiaj zastanawiamy się nad ugotowaniem zupy na kleszczach! Tak ogromnej ilosci tego dziadostwa to ja jeszcze niegdy nie widzialam! Co parę minut strącamy ze spodni po kilka jak nie kilkanascie osobnikow! Więc stawiajac namiot wsrod tych traw mamy wrazenie ze do rana to nas zjedza zywcem. Jak się potem okazuje nie ugryzl nas ani jeden.. czy nie znaja ludzi, nie lubia, czym innym się zywia a tylko wygladaja jak kleszcze?

Nastepnego dnia zmierzamy do zolotoje. Gdy już jestesmy niedaleko wioski zauwazamy ze po stepie idzie zbieznym kursem z naszym cos wygladajacego na byka! Nie widac reszty stada ani pasterza- jest jeden- pewno nawial...Jest jeszcze daleko, ale widac ze nas zauwazyl i powoli acz systematycznie się zbliza i wychodzi na to ze nasze drogi przed wioska się przetna! Przyspieszamy więc kroku, skrecamy w inna sciezke i udaje się dotrzec do wioski bez bliskiego spotkania..

Na styk zdazamy na autobus, zauwazamy go na zakrecie, musimy nawet troche podbiec. A niewiele autobusow dziennie tu zawija..

jak się potem okazuje- nasze dalsze przygody w szcziolkinie i okolicach mozemy zawdzieczac tylko stepowemu bykowi