O ! to jedna z tych nielicznych postaci z twórczością której nawet krótki kontakt pozostawia ślad na zawsze.
We mnie taki ślad został po wykonaniu przez niego "Odejścia" na Jazz Jamboree 1969,niezwykły osobisty wyraz tego "co w duszy gra".Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku najpierw cisza w Kongresowej a po chwili huk oklasków.Potem był jam sessions w Klubie Medyk,niestety to nie było dobre granie.M.Kosz to była wielka indywidualność,miał swój wielki obszar dźwiękowy z którym trudno mu było się dzielić z innymi.Po kilku swoich wejściach nie znalazł wspólnego muzycznego języka z partnerami,zrezygnował.
Marek Romański bardzo trafnie ujął jego wieki atut:
"Jego pozycja opierała się na niesamowitej charyzmie koncertowej, a występy były rodzajem misterium, nieustannym zmaganiem się z formą. Tomasz Stańko powiedział, że jego muzyka to „czekanie na piękno”. Sam Kosz twierdził, że „tylko smutek jest piękny”. Jakkolwiek by tego nie interpretować, faktem jest, że kiedy siadał przy fortepianie, z jego horyzontu znikała publiczność oraz jakiekolwiek punkty odniesienia. Pozostawał sam z muzyką, która go wypełniała i szukała dróg ujścia. Czasem był to proces na granicy bólu. Dlatego obce mu były jakiekolwiek efekciarskie sztuczki. Technika nigdy nie stanowiła celu, ani nawet narzędzia cyzelowania tematów. On zawsze dążył do wyrzucenia z siebie uczuć i emocji, a mógł to uczynić jedynie za pomocą muzyki."
To co i jak grał porównuję czasami z poezją Jana Rybowicza i widzę w tym wiele wspólnych cech, bo ich autentyczność wypowiedzi artystycznej poraża do dziś.



Odpowiedz z cytatem