Rozdział III
Wyruszyłem na szlak. Pierwszy z zaplanowanych wcześniej. Dziś czwartek, miałem iść ze schroniska na Jaworcu do Chatki Puchatka. Poszedłem do Chatki żółtym szlakiem z Wetliny. Ale..
***
Ale zanim wyruszyłem, musiałem zrobić małe zaopatrzenie na drogę. Poszedłem do sklepu ABC, a później do innego mniejszego sklepiku z barkiem na początku Wetliny od strony Cisnej. Nazwy nie pamiętam gdy tak sączyłem sobie piwo podjechał autokar z dzieciakami. Do mnie zaś podszedł ich opiekun z pytaniem, gdzie tu jest wejście na szlak. Szpakowaty, w dresowych spodniach i koszulce polo. Wyglądał zwyczajnie, nawet buty miał odpowiednie na taką wędrówkę. Co innego dzieci. Dzieci, które zwracały się do niego "proszę księdza". Spotkałem ich jeszcze później. Była to wycieczka dzieci z biednych rodzin spod Rzeszowa ufundowana przez parafian. Spod sklepu poszliśmy razem, pokazałem im, gdzie się wchodzi na szlak i zostałem jeszcze na jednym piwie. Nie będę przecież szedł w takim tłumie jak na Szerokiej w Toruniu w pełni sezonu turystycznego.
Wchodzę na szlak. Jeszcze w Wetlinie poczułem potrzebę oczyszczenia się z grzechów. Myślę, że świeżo poznany ksiądz zechce wysłuchać mnie, grzesznego .Co za wspaniały moment na rachunek sumienia, gdy pot zalewa oczy, nieleczone nadciśnienie rozsadza czaszkę (albo zbyt duża ilość piwa wypita w ciągu poprzednich dni).Kiedy czuję tę jedność, jedyność ze Stwórcą. Kiedy, osiągnąwszy szczyt jestem przy Nim na wyciągnięcie ręki.
Niestety, nie było mi dane się wtedy wyspowiadać. Nie trudne przecież wejście na Przełęcz Orłowicza okazało się za trudne dla dzieci. Dogoniłem ich jeszcze w lesie, odczekałem na skałkach aż pójdą dalej. Na Przełęczy okazało się, że na podejście zmarnowali zbyt dużo czasu, na 16-tą mają zamówiony obiad w Polańczyku i zamiast do Chatki pomaszerują tą samą drogą z powrotem do Wetliny.Trudno.Oczyścić się koło Chatki...W końcu każde miejsce jest do tego dobre.
Mam znajomego księdza, z którym studiowałem... archiwistykę. On mnie nie słucha, on ze mną rozmawia. Spacerując dookoła kościoła,na plebani, w swoim samochodzie, w pokoju w akademiku. Jeszcze się nie zdarzyło, zeby przy konfesjonale. I z takiej spowiedzi wyciągam najwięcej. Darek, Darek Aniołkowski. Nazwisko w sam raz dla księdza... Pożegnałem się i dalej pomaszerowałem sam.
O Stały Bywalcze. Teraz Mieciu miałby na co popatrzeć. Ostatnio szedłem tędy we wrześniu z SB, Mieciem, Pawłem i Darkiem, gdy zacinał wiatr, siąpiła mżawka a mgły ograniczały widoczność do 20 metrów (vide relacja SB). A teraz pogoda, że prawie widać Toruń. Jednak marsz do Chatki to nie deptak w Ciechocinku. Plecak stawał sie coraz bardziej ciążki. Wycisnąłem jeszcze trochę potu nim doszedłem do najbardziej bieszczadzkiego z bieszczadzkich schronisk. To cel mojej podróży w dniu dzisiejszym. Oj słaby już jestem, a tak niewiele czasu mimęło (2001 r.) jak z takim plecakiem przeszedłem w czasie jednego wyjazdu pół Beskidu śląskiego i prawie cały żywiecki. Ale wtedy nie byłem sam. Dziś mi markotno, myśli stają się coraz bardziej zawiesiste i ponure. Chyba już nie zdecyduję się na takie samotne eskapady. W towarzystwie weselej. Paweł, Darek, Stały Bywalec i plecak, w którym tylko przeciwdeszczowa kurtka (na wszelki wypadek) i piwo (na wszelki postój).
Ale tam właśnie, przy Chatce Puchatka zobaczyłem jeden z najcudowniejszych zachodów słońca. Kto tego doświadczył, ten wie, ja nawet nie będę próbował go opisywać. Nie znam takich słow..
***
Ale wcześniej co robić, ludzie zeszli w doliny, i tak nie miałem ochoty na rozmowy, jutro KIMB, jutro wszystko nadrobię. Co więc robić? Nic, tylko korzystać z reszty słonecznego światła i czytać.
Właśnie, zastanawiałem się jakie wy bierzecie w góry książki. Ja zawsze w plecaku, od czasu wspomnianego wyjazdu w Beskidy, znajdowałem "Kartki z kalendarza", zbiór felietonów cudownego Kornela Makuszyńskiego. Jego niebanalny humor i przesoczysta polszczyzna zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój. Polecam wszystkim, wszystkim z wyjątkiem.. kobiet, ponieważ...A zresztą oddajmy głos samemu Kornelowi.:
Mnie nie mogły wyprowadzić z równowagi nie tylko święte bzdury jakiegoś poczciwiny, który wzywał prokuraturę aby się mną zajęła, gdyż ja propaguję niemoralność i po przeczytaniu moich książek najczystsze dziewice bez żadnego innego powodu zachodzą w ciążę (podkreślenie moje)
Ale tym razem wziąłem książkę Krzysztofa Jaroszyńskiego "Przepraszam, że kabaret" i nie zawiodłem się. Jak można się nie śmiać, jeśli czytamy takie np. rzeczy:
Fragmenty przemówienia Rzeczoznawcy Komisji Transportu
...czasami to trzeba sobie ręce po sygnety urobić. Powiedzmy, że ja mam przerzucić wagon węgla z Przasnysza do Bytomia. To co ja robię? Ściągam trzy puste cysterny z Wałbrzycha do Węgrowa, ładowaczy zostawiam w Kutnie, teraz transport rowerów z Włoszczowej puszczam do Elbląga, bańki mleka z Kalisza na rowery i do Węgrowa. Latem ropę z cystern do baniek z mlekiem, to mi zwalnia cysterny z Wałbrzycha i ładowaczy w Łowiczu. Teraz rowery na nyski do Koźla, a z Poznania trzy ciężarówki puste do Łeby. W połowie drogi spotkanie-bańki na ciężarówki, rowery na nyski z powrotem , a mleko puszczam barkami do Koźla. Teraz tak, ładowacze pójdą sobie rurociągiem do Płocka, nyski do Kutna, węgiel wysyłam pocztą do Wałcza i teraz mam... Ładowaczy w Płocku, mleko w cysternach, rowery w bańkach, węgiel... ukradli. Na poczcie. Robimy tak, żeby robotnicy spotkali się z węglem w Pasłęku, nyski idą z Elbląga, ładowacze wiozą węgiel na rowerach w stronę Radomia, w przerwach mają mleko regeneracyjne z Kielc, w nagrodę... przejadą się nyską do Tarnowa i załatwione!
W ten sposób zaopatrujemy Bytom w węgiel. On jest tam niezbędny, bo w Bytomiu jest sporo kopalń i je trzeba zimą opalać...
***
Skończyła się książkowa dygresja i skończyła się noc w Chatce Puchatka. Już piątek, pierwszy dzień KIMBu. Schodzę na dół, muszę dostać się do Ustrzyk Górnych. Wybieram czerwony szlak...


Odpowiedz z cytatem
