...a kotleciki pewnie zjadł Stały Bywalec......w tej czarnej teczce cichaczem wyniósł...
![]()
...a kotleciki pewnie zjadł Stały Bywalec......w tej czarnej teczce cichaczem wyniósł...
![]()
Ej Piskal !!!
ta Twoja pisanina jest tak do głębi prawdziwa !
Kurcze , nie wiem czy to jest literatura ? nie znam sie na tym.
ale ja to tak czuję jak bym tam był.
Dzięki.
Rozdział VII
Cóż to była za jazda! Nikomu takiej nie życzę. 80-100 km/h nie jest może jakimś szczególnym rekordem, może nie na szosie krajowej, ale jeśli jedzie się wąskimi bieszczadzkimi serpentynami, a do tego pani za kierownicą w tym czasie pisze a sms-a, to resztki włosów mogą się na głowie zjeżyć. Ale zacznijmy może od początku.
***
Noc była koszmarna, chyba najgorsza z dotychczasowych. Mój poKIMBowy kac zahaczał o delirkę. Przyznać muszę, że jeszcze czegoś takiego w Bieszczadach nie doświadczałem. Z ulgą powitałem ranek. Bar w Kremenarosie jeszcze był zamknięty, chociaż słyszałem odgłosy krzątania. O nie! Żadnego piwa! O co mnie posądzacie! Chciałem oddać klucz i zapłacić za nocleg. Oddałem, zapłaciłem, pożegnałem się i poszedłem szukać podwózkowego szczęścia. Nie szukałem długo, kilkanaście metrów powyżej schroniska zatrzymałem fordzika z młodą sympatyczną osobą płci białogłowskiej. Wiem, co sobie teraz pomyślał Stały Bywalec, ale nie to mi było wtedy w głowie. W głowie to ja miałem anarchię i entropię. Wybuch wulkanu Krakatau i zgiełk bitwy pod Little Big Horn. Okazało się, że pani jedzie do Leska. Może być. Pamiętałem, że około południa jest autobus do Zatwarnicy. No i zaczęła się szaleńcza jazda. Wetlina, Cisna, Baligród, Lesko. Samochody załadowane drzewem i wyprzedzanie na trzeciego na wąskiej szosie. Przyjemna trasa, ale nie w moim stanie. Dopiero za Baligrodem przestraszyłem się motocyklisty, który zajechał nam drogę w Wetlinie. Tak opóźnione miałem reakcje. Na szczęście nic się nie stało, refleks kobitki równy był jej brawurze. Nie ukrywam, że z ulgą opuściłem jej autko.
Dopiero tutaj postanowiłem coś przekąsić i wypić małe piwo z nadzieją, że postawi mnie na nogi. Nie postawiło. Nie ryzykowałem drugiego piwa, nie zaszedłem nawet do Alfa, który jest punktem obowiązkowym w Lesku. Pokręciłem się trochę po mieście, poszedłem znowu na kirkut i tak doczekałem autobusu do Zatwarnicy.
***
Ciekawy jest ten kurs. Autobus z Sanoka jedzie do Ustrzyk Dolnych, tam zatrzymuje się koło budynku PKP i zmienia tablicę na ...Sanok. Wyrzuca ludzi i teraz trzeba czekać na autobus do Zatwarnicy, który też skądyś jedzie. Ten zabiera zbieraninę spod budynku PKP i dopiero podjeżdża na stanowisko. Potem jeszcze postój w Czarnej, dzięki czemu Adam, kolega kierowcy, któremu umknął jeden dzień (był przekonany że jest niedziela) mógł kupić kolejne piwo na kaca. Wiem to wszystko, ponieważ siedział przede mną i głośno rozmawiał z kierowcą. Następnie autobus odbiera dzieci spod szkoły w Lutowiskach i rozwozi aż do Nasicznego, zawraca i dopiero skręca na Chmiel. W sumie z Leska do Sękowca jedzie ponad dwie godziny.
Sękowiec. Zaprawdę powiadam Wam-tutaj czuję się jak w domu, a w zasadzie jak w domku. W domku nr 2. Nie chciałem tylko dla siebie rezerwować NASZEGO dużego w końcu domku nr 1, ale spoglądałem na niego po sąsiedzku tęsknym wzrokiem.
Przywitałem się z Ulą( Basi, szefowej akurat nie było) i pomaszerowałem przez mój ulubiony mostek do Zatwarnicy, aby zrobić zaopatrzenie.
Wyprawy do Zatwarnicy są zawsze wielką niewidomą, czasami kończą się bezboleśnie, a czasami.. powrotem niemal na czworakach. Dziś naprawdę nie miałem ochoty dobijać się alkoholowo. Jedno piwko i spadam z powrotem. Pan Bucek zlitował się nad zbłąkaną owieczką. Pod kultowa wiatą pusto, szczęśliwie się spóźniłem, po libacji została tylko.. niedopita flaszka wódki. Miejscowi tracą formę. Zrobiłem zakupy i rozsiadłem się pod wiatą.
Jeszcze w stopie próbowałem sobie przypomnieć, czy spakowałem MP3, w Lesku przeszukałem boczne kieszenie plecaka a w domku wybebeszyłem placek i nic. Zawsze gdy opuszczam miejsce noclegu składam pościel w kostkę, w Kremenarosie pościelą przykryłem MP3, której słuchałem w nocy. Ale od czego komórki, spod sklepu zadzwoniłem do Stałego Bywalca, który przebywał jeszcze w Ustrzykach Górnych z nadzieją, że mnie nie zawiedzie i odbierze moją MP3. Nie zawiódł mnie.
Właśnie- komórki. Cytowany już w tej opowieści Kornel Makuszyński w 1934 (sic!) roku w zbiorze „Śpiewający diabeł” opublikował felieton „Panny niewidzialne” , a w nim...zresztą przeczytajcie sami:
Dzisiaj automatyczny telefon wygnał na bruk panny pracowite, jutro telefon bez drutu zgruchoce automat telefoniczny, a potem Lucyfer wymyśli taką maszynę, którą będziemy nosili w kiszące kamizelki; kupiec z Gęsiej naciśnie ją, a kupiec z ulicy Piotrkowskiej w Łodzi odpowie:
-Nu? Co jest?
1934 rok, niesamowite...
***
Tymczasem wróciłem do domku, zanim pójdę do barku pogadać z Ulą próbuję się trochę rozpakować. Znam ten domek, bo jego bliźniak (nr 3) to był pierwszy domek, jaki wynajmowałem w Sękowcu a w tym jadłem pyszną jajecznicę następnego ranka po poznaniu Darka i Pawła z Warszawy. Jest schludny i przyjemny, ale.. nie jest to domek nr 1, w którym...
No właśnie. W którym niejedno się działo, co również w swoich relacjach potwierdza Stały Bywalec. No Kaziu, byle do września! Wtedy na pewno znowu zrobię m.in. kotleciki według poniższego przepisu.
Kotleciki bieszczadzko-piskalskie
Kotlety sojowe
Ziemniaki
Jajka
Bułka tarta
Carry
Bazylia
Zioła prowansalskie
Ser żółty
Olej
Kostki rosołowe
Wódka czysta (zalecane: Priwatna Kolekcja lub Chołodnyj Jar Pszeniczny)
Piwo
Kotlety gotujemy w rosołkach, ugotowane posypujemy carry, bazylią i ziołami, panierujemy w jajku i bułce tartej, i zapiekamy w plastrach sera. Ziemniaki obieramy i kroimy w plasterki , następnie podsmażamy w niezbyt głębokim tłuszczu na złoty kolor. Całość popijamy wódką i piwem do końca wieczoru, nawet wtedy, gdy kotleciki już się skończą, śpiewając przy tym pieśni legionowe i pieśń „W stepie szerokim”. Poza tym inwencja zależna od obecnych, nastroju, wytrzymałości organizmy i ilości napitków.
Zgłodniałem, na dzisiaj więc koniec.
Smacznego...
Piskal! Może się mylę ale.. tak mi się wydaje, że gdybyś złapał okazję jadącą spod Kremenarosa w drugą stronę, to w Zatwarnicy mógłbyś być dużo wcześniej. Pomijam atrakcje po drodze/białogłowa, serpentyny, jazda na trzeciego, kirkut itp./ Tak z perspektywy czasu, co myślisz na ten temat?
Pozdrawiam
bertrand236
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)