tak mi jeszcze przyszło do głowy...
...ciekawe czy w historii literatury ktoś przed Piskalem pisał do kotleta...![]()
tak mi jeszcze przyszło do głowy...
...ciekawe czy w historii literatury ktoś przed Piskalem pisał do kotleta...![]()
No tak, okazuje się, że jestem prekursorem nowego kierunku w literaturze. Jak by go nazwać? Kotletyzm? Kotletywizm?
Ale ad rem...
Rozdział VIII
No cóż, nie nachodziłem się tym razem po Bieszczadach. Zasypiając nie wiedziałem jeszcze czy pójdę na Krywę, czy na Kamień- Dwernik. Rano zdecydowałem się na to drugie miejsce, lecz jeszcze będąc w domku zadzwonił Stały Bywalec z wiadomością, że odzyskał moją MP3 z Kremenarosa i że w Górnych pada. W Sękowcu też od rana niebo zasnute chmurami, ryzykować i iść jednak na wędrówkę?
Postanowiłem, że pójdę przynajmniej do wodospadu na Hylatym a później się zobaczy.
Ale wcześniej poszedłem przywitać się z Basią, szefową ośrodka, która przyjechała wczoraj wieczorem. Pogadaliśmy, powspominaliśmy, zrobiłem wstępną rezerwację na wrzesień i ruszyłem w drogę.
Nie posiedziałem sobie za długo przy wodospadzie, ot tyle, żeby wypić jedno piwo, zaczęło bowiem niepokojąco grzmieć. Gdzieś nad Wetlińską aniołowie w kręgle grali. Nawet zaczęło błyszczeć. Jakieś zwarcie w niebie? Nie marudząc poszedłem pod kultową wiatę w Zatwarnicy. Dziś też pusto, nawet burza nie dotrzymała mi towarzystwa, przesunęła się bokiem za Otryt mijając Zatwarnicę. Dopiero pod koniec piwa przyszło dwóch. Około pięćdziesiątki, dobrze wyposażeni w sprzęt turystyczny, ogólnie robili dobre wrażenie. Kupili po piwie i zaczęli rozmawiać. O Tatrach, swoich dzieciach, że zaczęły(a w zasadzie syn jednego z nich) słuchać Niemena, o filmach i serialach.Jak zaczęli mówić o „Domu” nie wytrzymałem i wtrąciłem się od swojego stolika. Wszak to mój ulubiony serial, piękny, ambitny, prawdziwy...Ileż to razy go oglądałem, ileż razy oczy dziwnie mi się pociły podczas przemowy dra Kazanowicza na pogrzebie Popiołka.
Tak to zostałem zaproszony do stolika Jacka i Mariusza. Jacek z Warszawy, Mariusz z Otwocka. Pierwsza kolejka, druga ode mnie, potem znowu oni, a potem...
A potem przyplątało się dwóch miejscowych, którzy popijali sobie z tyłu sklepu (nie była to oranżada), z propozycją, że chętnie podzielą się z nami resztką swojej wódeczki ale... za dwa piwa. Rozbrajająca szczerość, ale Jacek, będąc już lekko piwskalski, zgodził się bez zastanowienia. Tak też zostali z nami. Ile razy już to w tym miejscu przerabiałem, zwłaszcza, że to chyba moja tam obecność ich ośmieliła do zaczepki. Znali mnie w końcu z widzenia. Po pewnym czasie bardziej pijanego i marudnego Piotrka udało się spławić, zaś Rysio i ja zostaliśmy zaproszeni przez chłopaków na obiad do hotelu. Usiedliśmy sobie na dworze powątpiewając w szczerość zaproszenia (mea culpa), lecz po chwili suną do nas dwie panie z czterema zupami, a za moment z plackami po bieszczadzku. Na dodatek wraz z naszymi nowymi kolegami pojawiła się butelka siwuchy. Ciepła i wstrętna. Rozmawiało się naprawdę fajnie. Chłopaki obeznani z Beskidami i Tatrami postanowili po raz pierwszy przyjechać w Bieszczady. Jaka szkoda, że to był mój ostatni dzień, mógłbym pokazać im to i owo, i to i owo z nimi wypić. Jacka piwo z wódeczką rozbierało coraz bardziej, Mariusz z przyczyn zdrowotnych musiał się mocno oszczędzać. Postanowiłem dłużej się nie narzucać. Kto wie, może się jeszcze kiedyś spotkamy, obiecali, że będą tu wracać, bo... Bo Bieszczady są piękne. Też mi odkrycie, prawda?
Ruszyłem do Sękowca, wieczorem byłem umówiony z dziewczynami w barze...
***
Uwaga, uwaga! W następnym rozdziale garść, no, może garstka sękowieckich wspomnień.
Rozdział IX (i niestety ostatni)
Piękną jednak mieliśmy w maju pogodę. Dziś, tak jak już od paru tygodni deszczowo. Ale gdyby była susza nie znalazłbym pierwszego latoś grzyba. Dla ścisłości grzybów było dużo, niekoniecznie jadalnych, ale znalazłem też pięknego, bardzo dużego koźlaka, zdrowego jak rydz. Jutro idę do lasu, co tam deszcz, gdy są grzyby czuję się o kilka co najmniej lat młodszy. I zdrowszy...
***
A propos rydza to czas podjąć opowieść; nie-niekończącą się opowieść. Niestety kończącą się.
Doszliśmy wspólnie do sękowieckiego barzu, w którym królowały od lat Irena i Ula. Królowały, bo dziś tylko Ula została jako niepodzielna władczyni. Miała być nowa dziewczyna, ale w momencie gdy tam byłem jeszcze jej nie było i przyjdzie mi czekać do września, aby ją poznać. A co z Irą? To, co musiało się w końcu stać- wyszła za maż. Jeszcze w zeszłym roku mąż jej, Andrzej, smolił do niej cholewy. Smolił z powodzeniem. W przeciwieństwie do naszego bieszczadzko- warszawskiego druha, który też smolił, nieudolnie, czysto teoretycznie, a gdy dochodziło do konfrontacji, jego niewyparzony w normalnych sytuacjach język, zanikał. Taka przypadłość organizmu. W ten sposób kobiet się nie zdobywa, bo jak pisał Jacek Fedorowicz „Dziewczyna lubi słuchać, nigdy jej nie żałuj słów, nie zaczynaj głośno wzdychać, tylko mów jej , mów jej, mów...”.
Zostawmy problemy matrymonialne Darka, wróćmy do baru.
Oj działo się tam, działo. Piwo, tańce, nieraz do białego rana ,wspólne kolacje, które robiłem, i jeśli z przyczyn służbowych dziewczyny nie mogły w nich uczestniczyć w domku, przynoszone były do baru. Pieczony baranek, zorganizowany przez ekipę krakowsko- częstochowską. Na drugi dzień zrobiłem placki ziemniaczane po piskalsku w takiej ilości, że postanowiłem podzielić się z barankową ekipą. Poszedłem do ich domku i trafiłem na rydze. Panowie mają swoje miejsce, którego nie chcieli zdradzić, ale rydze były pyszne. Wódeczka do nich też.
No i tylko tam muszę oglądać „M-jak miłość”, ponieważ przed końcem emisji nie było szans na to, żeby dziewczyny włączyły jakąkolwiek muzykę. Cóż, różne są seriale. Jedni lubią „Czterej pancerni i Kloss”, a inni „ Na dobre i na plebani” .
Nie po to jeździ się w Bieszczady, jak przypuszczam, żeby oglądać telewizję. Chyba że są mistrzostwa europy w piłce nożnej oglądane w Cieniu PRL-u w Dołżycy, w Czartorii w Wetlinie (Polska-Niemcy) i oczywiście w barze w Sękowcu. Działo się znacznie więcej i pewnie niejedno jeszcze się podzieje.
***
Pogadałem sobie z Ulą o tym i owym, o dawnych przyjazdach, o moich druhach, o Irenie, o pracy, o wielu rzeczach. Był to miły wieczór, zwłaszcza wtedy jak się skończyły seriale. (Ależ są to denne scenariusze, banalne i infantylne. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem, ale aż przykro na to patrzeć. Nawet jednym okiem).Wypiliśmy moją piersióweczkę kupioną jeszcze w Toruniu przed wyjazdem, która poprawiła nam humor. Jedyną nieprzyjemną rzeczą była ta świadomość, że to ostatni wieczór tego wyjazdu. Nie tylko w Sękowcu, ale w ogóle w Bieszczadach.
***
Ok. 9,30 przyjechał po mnie Stały Bywalec. Ustrzyki Dolne- zakupy, Rzeszów- korek, Głogów Małopolski- obiad, i tak dalej w kierunku dokładnie odwrotnym niż pokonywany 10 dni wcześniej.
Z Warszawy wyjechałem o 21.40, w Toruniu byłem 20 minut po północy, a swoim łóżku już po pierwszej w nocy.
W pociągu poznałem człowieka bardziej pijanego niż ja po KIMBie, który przespał Toruń, wracał z Warszawy, w której został obudzony. Wracał bez pieniędzy, bez biletu, częściowo w toalecie. Człowieka, który buduje stalowe konstrukcje mostów, ale sam ma lęk wysokości. W Toruniu był w nocy, gdzie nie jeżdżą już autobusy, nocne bardzo rzadko, przez most nie przejdzie nawet, jak twierdził, po pijanemu. Cóż było robić, zaprosiłem go do samochodu, który na mnie z utęsknieniem czekał, i podjechał ludek pod sam dom (akurat było po drodze).
Przypomniało mi się wtedy opowiadanie Janusz Meissnera „Pan Bóg opiekuje się pijakami”. Coś w tym jest, przecież sam wróciłem z Bieszczadów bez szwanku...
Dziękuję za wspólną wędrówkę i już zapraszam na następną. Jak tam nie wracać...
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)