Po traumatycznych przeżyciach na ostatnim RIMBie przestałem jeździć w góry. Do wczoraj. Przezornie wybrałem się w ludne okolice (tam gdzie mostki i barierki), zabuliłem 16zł za parking i bilet i z lżejszym portfelem wydrapałem się na szczyt świata. Ławki kapkę przeszkadzały w kadrowaniu ale jak już wlazłem to pasowało choć ze dwa zdjęcia zrobić.



Liche to, bez ducha i polotu, a co gorsze chyba mi wywiało resztki zdrowego rozsądku bo chwilę później zobaczyłem dwa wieloryby. Małego i dużego. Na niebie...



Trauma po RIMBie jednak nadal mnie nie opuszcza