Rozdział I Wyprawa
Pomysł wyprawy w góry Rumunii pojawił się tak dawno, że nie pamiętam nawet kiedy to już było. Przykryty tysiącem bieżących spraw przypominał o sobie w czasie wycieczek po ukraińskim pograniczu, gdy gdzieś tam daleko na południu w mglistym powietrzu majaczyły szczytu Gór Marmaroskich i Rodniańskich...
Niespodziewanie późną jesienią Anno Domini 2008 zaczął on nabierać ucieleśnienia za sprawą Irka (nie wiem skąd i dlaczego) zwanego Palownikiem.
Wycieczka została zaplanowana na drugą połowę maja - czyli wspaniałą wiosenną porę, kiedy góry Karpat rozkwitają łanami szafranów i delikatnymi dzwonkami jaślinków. Wyprawa miała mieć przyrodniczy, ściślej botaniczny cel, bynajmniej w moim przypadku. Flora Karpat fascynowała mnie od czasu, gdy moje oczy zaczęły rozróżniać odbitą od wszelkiego listowia barwę światła, którą nazywamy zielenią. Jak się później okazało wycieczka zachowała przyrodniczy charakter, tylko, że z pierwszego na dalszy plan zeszły obserwacje przyrodnicze nad różnorodnością flory Karpat. Natomiast na pierwszym miejscu znalazły się obserwacje poświęcone różnorodności i bogactwu zachowań istot dość pospolitych i nieciekawych, którymi sami jesteśmy.
15 maja 2009 los zesłał mi organizację zmasowanego wywozu surowca drzewnego różnych sortymentów - tartak jodłowy i bukowy, stosówka sosnowa i bukowa, drewno energetyczne. Głowa już mi pękała od niedoboru węglowodanów i ciągłego wyliczania i odmierzania kubików celulozy w drzewnej postaci. Od strony Chryszczatej w Sukowate nadjechały dwa pojazdy. W związku z załadunkiem stosówki bukowej zostały zatrzymane. Z miłosierdzia poleciłem przerwać załadunek i przepuścić auta. Jak się okazało były to pajazdy Pastora i Wojtka. Krótkie przywitanie i odjeżdżają a ja kończę wywóz i przez Rabe mknę w stronę Huczwic. Niebo zasnuły warstwowe chmury. W zatęchłej dolinie rójkę urządziły sobie krwiopijne meszki. Poraz pierwszy na własne oczy spoglądam na współtowarzyszy wyprawy - Krysię i Irka, z którymi za kilka godzin mam wyruszyć w góry Rumunii. Klopsik próbuje przerwać senną atmosferę i wdrapuje się na dach wigwamu by zalepikować dziury. Ale i jemu kiepsko idzie, czarna smolista maź kapie i spływa po dachu, pędzel spada na ziemię...
Około drugiej nad ranem budzi mnie telefon, a w nim głos Krysi, że mijają już Baligród. Pakuję swoje toboły do bagażnika i na tylnie siedzenie. Ruszamy przez Gruszkę ku przełęczy nad Radoszycami. Nad Słowacją zaczyna świtać. Gdzieś pomiędzy wulkanicznymi stożkami Wyhorlatu pojawia się czerwone słońce. W Tokaju przekraczamy Cisę i po godzince z hakiem jesteśmy na granicy Rumunii z Węgrami.
Kraina furmanek, brogów i Dacii wita nas truskawkami, które kupujemy w przydrożnym straganie. Wymieniamy walutę i wdrapujemy się autkiem na pierwszą rumuńską przełęcz. Wszędzie rozlega się głos świerszczy. Zamglone powietrze nie pozwala na zrobienie sensownych zdjęć więc serpentynami zjeżdżamy w dolinę przez bukowe lasy. W przydrożnym zajeździe stajemy na kawę, małą kawę trójłykową i omleta z szynką i serem, bo nic innego nie daje się rozszyfrować z rumuńskiego menu. Jeszcze kawałek drogi i zajeżdżamy pod cmentarz w Sapancie - miejsce obrosłe straganową komerchą. Chwilę łazimy po cmentarzu fotografując co ciekawsze nagrobki pasterzy z owcami, rolników, pijaków, leśników i drwali. Powietrze jest ciężkie i nawet pies leży na grobie bez merdania ogonem. Irek kupuje dwie słomiane czapeczki ze wstążką w barwach rumuńskiej flagi, ja kupuje zieloną fujarę. Słońce próbuje się przebijać przez chmurne niebo i parne powietrze. Ruszamy dalej...



Odpowiedz z cytatem
Zakładki