... Szliśmy skalistym grzbietem na zachód. Miejscami przecinaliśmy spore łachy śniegu, ale tam, gdzie słońce mocniej przygrzewało pożółkłe psiary rozkwitły wielkimi łanami krokusów. Widoki były wręcz bajeczne. Po drodze minęliśmy kilka niewielkich jeziorek i byliśmy na przełęczy Şaua Galaţului. Przed nami było już tylko podejście na szczyt. Na północy było widać żółte osadniki jakichś kopalni - pewnie tych, które kiedyś zatruły Cisę. Słońce ostro świeciło. Na szczycie zrobiliśmy sobie małą chwilę na wylegiwanie i uzupełnienie płynów ustrojowych. Pamiątkowa zbiorówka z samowyzwalacza i schodziliśmy już w dół. Aby nie robić tej samej trasy postanowiłem, że za skalną ścianą Râpa Piatra Rea zejdziemy do kotła Izvorul Cailor. Gdy zamykająca peleton Krysia doszła do mnie i do Irka na tą wspaniałą wieść rozpłakała się. Przeraziło ją to, że nie będziemy szli szlakiem i może zginąć. Przekonywanie Krysi pozostawiłem Irkowi, bo straciłem już do niej nerwy w tym momencie i zacząłem sobie schodzić trawiastym zboczem w dół. Po lewej stronie zobaczyłem fajne skałki, ale nie dało rady się na nie wgramolić...


Odpowiedz z cytatem