Widzę, że poza podziwianiem widoków lubisz też spojrzeć pod nogi (na przykład te robaki). Niektóre by się nadawały do "Co rośnie w tych Bieszczadach" :)
Widzę, że poza podziwianiem widoków lubisz też spojrzeć pod nogi (na przykład te robaki). Niektóre by się nadawały do "Co rośnie w tych Bieszczadach" :)
Po całych miesiącach siedzącej w pracy kondycja raczej śpi. W efekcie częściej się zatrzymuję. I wtedy : widoczek, roślinka, robaczek, a tam zobacz jak ptaszek ćwierkajakoś to usprawiedliwia postój. Poza tym już dawno przestałem się spieszyć na szlaku.
Pozdrawiam
Długi
Dzień wstał lekko pochmurny. Licząc, że jak ma padać to raczej po południu szybko jemy śniadanie i wyjeżdżamy na Przełęcz Wyżniańską. Zostawiamy auto na parkingu, bilet w garść i po chwili mijając Bacówkę zanurzamy się w las. Jest baśniowo. Zieleń wiosenna nastraja poetycko. Chce się śpiewać, tańczyć.. tylko dlaczego jest tak pod górkę? Żonie nieco doskwiera kolano i dopytuje się, czy będzie też tak trudno jak pierwszego dnia. Obiecuję tylko jedno trudniejsze podejście i wcale nie tak męczące jak kółko przez Rozsypaniec, Halicz i Tarnicę. Przyjęła z ufnością moje zapewnienia i mozolnie zaczynamy się wspinać pod Rawki. Z prawej strony szlaku towarzyszy nam potok. Jest tak stromy, że można uznać go za jedną wielką kaskadę. Chciałbym tu być w czasie dużej burzy. Woda na pewno wali z hukiem po kamieniach. Robię zdjęcie, ale ono nie oddaje wysokości i stromizny. Idziemy dalej. Jest coraz cieplej i robi się duszno. Dopiero wyjście na otwartą przestrzeń pozwala odetchnąć. Na Małej Rawce wita nas kudłaty turysta. Początkowo trzyma się z boku i myślimy, że należy do ludzi, którzy przyszli przed nami. Zwracam im uwagę, że do Parku psów nie wolno wprowadzać, a jak już weszli, to powinni go mieć na smyczy. Okazuje się, że to nie ich pies, że przyszedł z grupą Słowaków, ale też jako przypadkowy towarzysz. Przywabiamy go do siebie. Jest młody, łagodny, łasy na pieszczoty - chłopak![]()
Ma na sobie uprząż. Na szelkach napis: Bacówka pod Rawkami i nr telefonu. Dzwonię, ale nikt nie odbiera. Z automatyczną sekretarką nie chcę gadać. Idziemy dalej, na Wielką Rawkę. Pies z nami. Odbiega na kilka metrów i ogląda się, czy idziemy w tę samą stronę. Na szczycie siadamy i podziwiamy widoki. Pies też siada i odpoczywa. Ma żywe usposobienie, jest jeszcze bardzo młody. Po chwili postanawia iść dalej już z innymi, na Kremenaros. Wabimy go i w końcu rezygnuje. Idzie z nami z powrotem. W siodle między Rawkami pies, który stale szedł przed nami lub obok, nagle się zatrzymał, sierść mu na karku stanęła dęba. Niespokojnie rozejrzałem się. Nic. Idziemy dalej. Pies za mną z pyskiem przy łydce. Po kilkunastu metrach, jakby nic nie zaszło pognał do przodu, złapał jakiś badyl i w podskokach zapraszał do zabawy. Na szlaku ruch się wzmaga. spotykamy grupę niepełnosprawnych, później szkolną wycieczkę. Pies jest zachwycony. Taka duża grupa! Postanawia zawrócić i iść znów pod górę. Trochę prośbą, trochę groźbą udaje się nam przekonać go do porzucenia dzieci i schodzimy dalej. Przy potoku zatrzymujemy się na chwilę, aby zwierzak się napił. Robi się naprawdę gorąco. Przechodzący obok turyści (dwie panie i pan) pytają czy daleko jeszcze. Odpowiadam ze śmiechem, że nie daleko i że na górze czeka ich kiosk z lodami i colą. Ruszają w wyraźnie lepszych nastrojach. My też, tylko w dół. Przy Bacówce pies nas wyprzedził i od razu wpadł do kuchni. My zaś do sali dla gości na coś chłodnego, złocistego.. sok jabłkowy. Chwilę gwarzymy z Gospodarzem na temat psa i jego złych nawyków. Na obiad zjechaliśmy do Wetliny. W "Starym Siole" jak zwykle kuchnia na wysokim poziomie, wino znakomite i muzyka niezmiennie piękna. Zamówiłem wino Mozelskie regionu Saary. Kiedyś na południu Niemiec poczęstowano mnie tym winem i zapamiętałem znakomity, świeży, lekko owocowy smak. Nie spodziewałem się znaleźć tego wina w Wetlinie. Na ciepłe popołudnie było znakomite. Do tego na deser talerz z kozimi serami. Rewelacja. Nie było tanio, ale było warto. Za ten nastrój, za znakomity smak zapłaciłem kartą mastercard.
Wracamy na kwaterę. W zasadzie to mieliśmy przenieść się w inne miejsce, do Krywego i później do Duszatyna. Ale postanawiamy przedłużyć pobyt w Wołosatem. Prysznic po upalnym dniu to komfort, z którego nie chcemy rezygnować. Joanna natarła piętę. Bąbel pękł, bolesne paskudztwo. I to tak bez powodu. Przecież te buty ma już trzeci sezon i nigdy żadnych kłopotów. Jutro będzie lżejszy dzień. Postanawiamy sprawdzić SB. Tak zachwalał okolice Dydiowej. Pół wieczoru tłumaczył mojej żonie jak tam trafić. Źle wybrał.
CDN
I przyszła pora na Dydiową. Droga przez las przywołuje słowa piosenki:
"Cóż jest piękniejsze od drogi w lesie
Gdy słońce świeci i wóz się toczy
Cóż nam nowego zakręt przyniesie
Czym się napełnią zdziwione oczy"
Wóz został na poboczu stokówki. Ale każdy krok otwiera nowe widoki. Nie dbam specjalnie o drogę. SB dokładnie tłumaczył mojej lepszej połowie jak trafić. Przy pierwszym rozwidleniu pytam: w lewo? yyy chyba mówił w prawo, a może nie...... Patrzę w słońce. Niebo bez chmurki mówi .. w lewo. I dalej już na wyczucie, wszystkie drogi prowadzą do Dydiowej. Wystarczy spojrzeć na mapę. Nie sposób zabłądzić. Las piękny, drozdy.. "piękniej śpiewają niż śpiewak płatny na chórach".
Wychodzimy z lasu na otwartą przestrzeń łąk Dydiowej. Wita nas piękna brzoza. Schodzimy do chatki. Ślady niedawnej bytności. Ognisko jeszcze się dymi. Ktoś robił porządki i palił śmieci. Zza drzew błyszczy nowa kopuła. Ale to już po "tamtej" stronie. Krążymy po łąkach, jest tak jak powinno być. Cisza, tylko świergotek wznosi się z trelem i powoli opada pogwizdując melodyjnym tiuuu tiu tiu. Mijamy z daleka następną chatkę - domek. Jest bardzo okazała i wygląda na taką z wygodami.
Na skraju lasu lizawka, a obok.. ambona. dokładnie na wprost. Z drugiej strony kawałek pola obsiane dla zwierzyny. Panowie myśliwi. Takie polowanie to jak strzelanie do świni w chlewie w trakcie karmienia. I sprawia to wam przyjemność?
Pora wracać. Idziemy inną drogą, bliżej Sanu. Miejscami jest jak autostrada. UtwardzonaLiczne tropy odciśnięte w świeżej glinie ( w nocy padało ). Widocznie nie tylko my lubimy wygodnie iść, nie przedzierając się przez krzaczory. Niektóre tropy budzą respekt. Są wczorajsze .. ale są. Z wysokiego modrzewia przygląda nam się wiewiórka. Prawie czarna, z lekkim brązowym odcieniem. Jest bardzo ostrożna. Gdy się zatrzymałem, by zrobić jej zdjęcie, natychmiast znika w gęstwinie drzewa. Dochodzimy do potoku Muczny. I miła niespodzianka. Jest mostek. Dość wysoki i dość szeroki. W sam raz.
Jeszcze pół godzinki asfaltem i kółko się zamknęło. Jedziemy do Mucznego do Wilczej Jamy na obiad. Jeszcze tam nie byłem. Bertrand tyle razy zachwalał tamtejszą kuchnię, że w końcu należało spróbować. Jesteśmy praktycznie jedynymi gośćmi. Pytam,, czy można zapłacić kartą? Niestety. No to zabieramy się. Ale Gospodyni nas zatrzymuje. Zapłacicie nam przelewem. Po powrocie do domu. No to zostaliśmy. I to była dobra decyzja. Jedzenie bardzo smaczne, naleśniki - poezja. Joanna tradycyjnie zaczęła od żurku. Chwali smak, aromat i tę delikatną nutę czosnku. Nie wiem, czy to z zupy, czy z bukietu na stole. Zachwycamy się obrusami. Część z nich to dobra, stara robota hafciarska na starym, ręcznie tkanym płótnie. Po posiłku dostajemy wizytówkę z numerem konta i rachunek. To był naprawdę miły dzień.
I pomału zbliżamy sie do końca naszej wędrówki. Na deser zostawiliśmy sobie moło uczęszczany szlak na Fereczatą. Samochód zostawiamy w Smereku. Początkowy odcinek szlaku za Smerekiem pokazuje mi zmianę krajobrazu. Łąki podzielone na mniejsze lub większe działki. Na działkach domki dość odbiegające od mojego poczucia estetyki. Zaglądam na stary cmentarz. Lubię ten nastrój ciszy i zapomnienia ( Polej, dzięki za filmik ). Za drzewami zgiełk rekreacyjno - daczowy, a tu jak przed laty, cisza. W końcu szlak zagłębia się w las i znikają z pola widzenia domki, tuje itp. Podejście nie jest ani specjalnie trudne, ani uciążliwe. Pogoda nam przez cały czas pobytu dopisuje. Z Fereczatej widok na pasmo graniczne i dalej. Chwilę odpoczywamy. Słońce zachęca do pozostania. Choć w planie mieliśmy dotarcie do Okrąglika i zejście przez Jasło postanawiamy nieco skrócić trasę. Joanna skarży się na nogę (otarcie) i zwyczajnie ma dość. Idziemy jeszcze kawałek w kierunku Okrąglika. Na mapie zobaczyłem ścieżkę schodzącą w kierunku stokówki. Joanna protestuje, mówi, że nie chce chaszczowania, noga ją boli i chce w sposób możliwie łatwy wrócić do auta. Wracać tą samą drogą? Wyciągam rękę i pokazuję na koniec polanki gdzieś niżej: zobacz tam jest droga, wystarczy przejść przez łąkę w dół i już będzie łatwo, a potem kawałek asfaltem. Zeszliśmy. "To" na końcu polanki to nie była droga. Droga była.. po godzinie przedzierania się przez krzaczory, jary potoków, zwalone drzewa. Oj usłyszałem... No ale później był znów pyszny obiad w "Starym Siole", sery od Nikosa i zostało mi wybaczone
Sery u Nikosa moją dodatkowy walor. Można usiąść i pogawędzić. Nikos jest świetnym rozmówcą. Ma dużą wiedzę popartą uniwersyteckim wykształceniem i dystans do siebie i świata podbity dużym poczuciem humoru. Lubię przysiąść przy bacówce, przegryzać buncem i niespiesznie rozmawiać o tym, o owym. O miejscowych sprawach i o zamiejscowych, o ludziach i rzeczach. Filozoficznie i wesoło.
Ostatni dzień, to wycieczka autem po "starych" kątach. Oczywiście Komańcza, oczywiście Duszatyn i klika innych miejsc "po drodze". I od rana następnego dnia w drogę do domu. Znów te 800 km. Ilekroć przemierzam tę trasę kombinuję w czasie długich godzin jazdy, jak przenieść swoje sprawy w Bieszczady tak, by zamieszkać tu na stałe i nie dojeżdżać. Nie udało mi się dojść do jednoznacznych wniosków.
I znów zaczynam planować wyjazd. Tym razem sierpniowy.
Pozdrawiam
Długi
Dziękuję za "Ja też tam byłem" :)
Pozdrawiam Was :)
Dziękuję za "dobre" słowo i do zobaczenia w sierpniu w D.
Pozdrawiamy
bertrand236
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)
Zakładki