Z przyjemnością konstatuję, że nawet moi nieliczni (ale najgłośniejsi) oponenci bardzo uważnie czytają posty Stałego Bywalca, dokonując następnie ich szczegółowej egzegezy.
Kolega Żubr, na przykład. Cytuje fragmenty moich wypowiedzi, a następnie zamieszcza swoje komentarze do nich. I jestem Mu za to bardzo wdzięczny, ponieważ wszyscy czytelnicy owych komentarzy od razu mogą spostrzec, że to więcej niż nadinterpretacja, że to po prostu przypisywanie mi niewyrażonych poglądów. Co ma bowiem wspólnego np. nosek (z guziczka) przytulanki - misia pluszowego z ... dupą ? Są wprawdzie tacy, którym się wszystko z dupą kojarzy, ale pomimo wszystko kol. Żubra do takich osób bym nie zaliczył.
Stwierdzam jednak, że kolega Żubr komentuje moje wypowiedzi w sposób podobny do tego, w jaki Świadkowie Jehowy podchodzą do Pisma Świętego, tj. całkowicie dowolny i mający uzasadnić jakąś z góry ustaloną, fałszywą tezę.
Dużo gorzej jest już z Dyżurnym Szowinistą (Sz. Adminie i Sz. Moderatorzy - nikogo nie obrażam; dopóki Łapi nie wycofa owych słów z własnego podpisu na Naszym Forum, to głównie tak będę o Nim pisał). Ten to już zdążył zaliczyć mnie do nie-Polaków, a jedynie w chwilach łaskawości alternatywnie mianował mnie przedstawicielem "Gazety Wyborczej".
W przeciwieństwie do Żubra nie przytacza jednak moich wypowiedzi, co może wprowadzić w błąd osoby niedokładnie i tylko fragmentarycznie czytające niniejszy wątek tematyczny. Proszę zatem wszystkich, którzy śledzą endeckie wycieczki Dyżurnego Szowinisty pod moim adresem, aby koniecznie wracali do źródeł, czyli konfrontowali Jego wypowiedzi z moimi - choćby mieli w tym celu przeszukać cały ten wątek tematyczny od początku, jak również zamknięty już wątek poświęcony stosunkom polsko - ukraińskim w rozwoju historycznym.
Dlaczego użyłem wyrazu "endeckie" ? Otóż cechą charakterystyczną wielbicieli poglądów rodu Giertychów jest przypisywanie nie-polskości wszelkim oponentom politycznym ("nie zgadzasz się ze mną, to nie jesteś prawdziwym Polakiem"). I ja też zostałem "mianowany" Ukraińcem przez elperuchów Łapiego i Emiego.
Ale uwaga - uwaga. Dyżurny Szowinista wypowiedział się także pejoratywnie o "Gazecie Wyborczej", skoro - nie lubiąc mnie - mianował mnie jej przedstawicielem. No to ja teraz, ad vocem, oświadczam, iż "Gazeta Wyborcza" to zdecydowanie najlepszy dziennik dla polskiej inteligencji (nie tylko humanistycznej), czego nawet udowadniać nie potrzeba. A dlaczego nie trzeba tego udowadniać ? Ano dlatego, że sam jej nakład o tym świadczy. Proszę sobie porównać nakłady, w jakich rozchodzą się "Gazeta Wyborcza" z jednej strony, a ... "Gazeta Polska" z drugiej. I to mimo pięknego tytułu, jaki ma ta druga.
C.b.d.o.
W tym momencie Dyżurny Szowinista zgrzyta zapewne zębami i krzyczy na monitor "tyyy żyyydzie".
Aż mi się nie chce wierzyć, że Łapi jest mgrem prawa po Uniwersytecie Warszawskim, czym - chcąc "zdołować" a nawet zastraszyć Michała - sam się niedawno pochwalił (w wątku poświęconym stosunkom polsko - ukraińskim w rozwoju historycznym). Chętnie rzuciłbym okiem na Jego dyplom (dla zachowania anonimowości mógłby palcem zakryć nazwisko). Zbyt dobrze znam środowisko mojej uczelni, aby uwierzyć, że ktoś wyrażający podobne poglądy mógłby być jej absolwentem, a już zwłaszcza dziennych, stacjonarnych studiów magisterskich na Uniwersytecie Warszawskim. Pięć najpiękniejszych lat mojego życia tam spędziłem, napotykałem koleżanki i kolegów o naprawdę przeróżnych poglądach politycznych, komunistów, socjalistów, KOR-owców, KPN-owców, przyszłych UPR-owców, ale ... żadnego endeka !!! Endecja obecnie w ogóle nie pasuje do Warszawy. Dowodem na to (autentycznym !!!) jest fakt, iż w ostatnich samorządowych wyborach Prezydenta Warszawy (tych, w których Hania pokonała Kazia, obecnego narzeczonego pięknej Isabel) kandydat LPR Wojciech Wierzejski dostał mniej głosów niż ... "major" Fydrych - tak, ten od byłej "Pomarańczowej Alternatywy". Kto nie wierzy, może natychmiast to sprawdzić w Internecie.
Ad rem.
Don Corleone, pardon: Don Enrico, wybacz mi ów przydługi wstęp, ale w ciągu minionych dwóch dni padło tu pod moim adresem sporo uszczypliwości, no to się do nich teraz "zbiorczo" odniosłem.
Don Enrico, założyłeś wątek poświęcony przyszłości relacji polsko - ukraińskich, który jednakże szybko został zdominowany przez przeszłość, czyli historię. Było to nieuniknione. Spróbujmy więc co nieco uratować tej dyskusji o "przyszłości PL-UA" - ale też na bazie przeszłości.
W tej chwili pragnę polecić wszystkim, którzy potrafią odróżnić historię od propagandy, książkę prof. Andrzeja Sulimy-Kamińskiego pt. "Historia Rzeczypospolitej Wielu Narodów. 1505-1795", wydanej w 2000 r. przez lubelski Instytut Europy Środkowo - Wschodniej. W obszernym wstępie (str. 9-22) autor pomaga zrozumieć czytelnikom, jak to się stało, że m.in. Ukraińcy w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej byli i czuli się jak u siebie, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. stali się nagle w niej mniejszością narodową. W owym wstępie jest również część zatytułowana "Chwila obecna, czyli powrót do Europy" (str. 19-22), niestety nie bardzo aktualna, jako że książkę wydano w 2000 r. (może i były późniejsze wydania), a obejmujące Polskę rozszerzenie UE nastąpiło w 2004 r.
Z tego obszernego wstępu (str. 9-22) pozwolę sobie zacytować oczywiście tylko niektóre fragmenty. Wyróżnienia w tekście (pogrubienia druku) pochodzą ode mnie.
Głos ma prof. Andrzej Sulima - Kamiński.
"Czytelnik na pewno zauważy, że niezbyt często używam słów "Polska", "Polak", "Polacy". Dużo częściej występują: "Rzeczpospolita", "obywatele Rzeczypospolitej", "Wielkie Księstwo Litewskie", "Litwini", "Korona", i nawet "Koroniarze". Uważam, że historyk używający określenia "historia Polski" dla XVI - XVIII wieku przyjmuje potoczną nazwę państwa, występującą w ówczesnym piśmiennictwie i kartografii, wbrew sytuacji prawnej i wbrew ówczesnej świadomości narodowej. Wielkie Księstwo Litewskie nie było Polską, tak samo jak nie były nią Prusy czy Ukraina. W historii zarówno Korony, jak i Rzeczypospolitej etniczni Polacy odgrywali poważną rolę. Nie znaczy to jednak, że można nazywać historię Rzeczypospolitej historią Polski, a wszystkich mieszkańców tego państwa Polakami. Od XVI wieku słowo "Polak" miało dwa znaczenia, mogło oznaczać etnicznego Polaka lub też obywatela Rzeczypospolitej, i to niezależnie od jego narodowości. Nadużywanie słów "Polska" i "Polacy" dla przedstawienia dziejów Rzeczypospolitej może łatwo stwarzać wrażenie historycznego imperializmu wobec narodów, które razem z Polakami stworzyły Rzeczpospolitą Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz broniły jej.
(...)
Polski nigdy nie było ani nad Dnieprem, ani nad Niemnem. W ciągu wieków znaleźli się tam Polacy żyjący wśród rodzimej ludności białoruskiej, litewskiej i ukraińskiej. Część z nich to dygnitarze i urzędnicy koronni, którzy otrzymali pozycje i związane z nimi dobra ziemskie, a reszta przybyszów to emigranci, którzy w poszukiwaniu pracy przenieśli się na wschód. Natomiast większość z tych ludzi, którzy już po upadku Rzeczypospolitej określili się wobec rosyjskiego zaborcy jako Polacy, to potomkowie rodów białoruskich, litewskich i ukraińskich. Ich nazwiska figurują we wszystkich współczesnych podręcznikach historii Polski.
(...)
Wtłaczanie tych wybitnych obywateli Rzeczypospolitej na prokrustowe łoże narodowo - etnicznej historii Polski jest aktem historiograficznej zaborczości, zniekształcającym prawdę o naszej wspólnej przeszłości. (...) Pojęcia "Polska" i "Polak" były jednak w okresie Rzeczypospolitej dość ambiwalentne. Mogły pdnosić się do etnicznych Polaków i "małej ojczyzny", lecz mogły znaczyć również "obywatel Rzeczypospolitej" lub "Rzeczpospolita". W takim sensie używał tego terminu Stanisław Orzechowski, mówiąc o sobie, że jest "gente Ruthenus, natione Polonus". Obywatele Rzeczypospolitej w czasie zagranicznych podróży często nazywali się (i byli nazywani) Polakami lub Sarmatami. Wracając do domu, określali się mianem swych narodów lub nawet miast czy województw.
Żaden z narodów Rzeczypospolitej nie zatracił swej świadomości historycznej czy narodowej na rzecz Sarmacji lub Polski, i to pomimo polonizacji ich elit i kultury. (...) Polski, nagminny dziś zwyczaj traktowania historii Rzeczypospolitej jako historii Polski, a obywateli Rzeczypospolitej jako krajowców znad Wisły i Warty, jakkolwiek irytujący, jest częściej wynikiem nieświadomości niż przejawem świadomej zaborczości wobec wschodnich sąsiadów.
Tylko raz w ciągu całego istnienia Rzeczypospolitej doszło do zbrojnego konfliktu, zmuszającego obywateli do dokonania wyboru pomiędzy ojczyzną wspólną a własną. Zdarzyło się to w czasie powstania Chmielnickiego. Większość szlachty ruskiej terenu Ukrainy (ale nie Białorusi) poparła Kozactwo i podjęła walkę z Rzecząpospolitą. Mniejszość, chociaż kość z kości i krew z krwi Ukraińcy (Rusini), jak Kisiel, Wiśniowiecki, Zasławski, stanęła po stronie Rzeczypospolitej.
(...)
Wizje odbudowy Rzeczypospolitej nie niosły bowiem dłużej zapowiedzi praw obywatelskich i rozwoju samorządów, lecz obcy język i obcą dominację. Następowało zderzenie narodowych egoizmów. Silna polska endecja odrzucała wizję skonfederowanej Białorusi, Litwy, Polski i Ukrainy. Wolała wspólne z Rosją rozbiory tych krajów i polonizację swego łupu. Polska obecność na "Kresach" w okresie międzywojennym pozostawi żałosne wspomnienia, wykoślawiające tradycje wspólnej przeszłości. W tej sytuacji krytyczna białoruska, litewska i ukraińska ocena wspólnej Rzeczypospolitej (przez pryzmat doświadczeń XIX i XX wieku) jest równie błędna, jak zrozumiała. Napięcia tego okresu, nieusunięte do dziś, skłaniają polityków, artystów i autorów podręczników do spoglądania na przeszłość poprzez pryzmat ostatnich kilku pokoleń. Narodowościowe konflikty, ucisk i wzajemne morderstwa okresu II wojny światowej i czasu "walk z bandami" odbijają się na sposobie oceny Rzeczypospolitej. W świadomości narodowej Białorusinów i Ukraińców, a nawet Litwinów, utożsamiła się Rzeczpospolita z Polską, a ci, co ją budowali, ze złymi synami swego narodu.
(...)
Pojęcie Polski, związane z ziemiami Wielkopolski i województw małopolskich, z trudem wchłaniało w ciągu XVI wieku Mazowsze i było dość niepewne wobec Prus Królewskich i województwa ruskiego. Nie rozciągało się ani na Litwę, ani na Białoruś lub Ukrainę. Rozszerzenie się Polski na wschód dokonuje się w wyobraźni Polaków dopiero po upadku Rzeczypospolitej. (...) Chłop z podkrakowskich Konar, czytając Sienkiewicza, mógł utożsamiać się z jego bohaterami. Białorusinowi pozostawali oni jeśli nie wrodzy to obcy. Każdy polski czytelnik Sienkiewicza nawet w Kmicicu - szlachcicu spod Witebska - i w laudańskich Butrymach widzi Polaka i bardzo się dziwi, gdy się to kwestionuje.
Białorusini, Litwini i Ukraińcy, postawieni twarzą w twarz z tym polskim historiograficznym imperializmem, odpowiedzieli odcinaniem wszelkich nici łączących ich z Rzecząpospolitą. Jeśli Rzeczpospolita była Polską, to oni na pewno nie chcieli mieć z nią nic wspólnego. Litwini wydobywali państwowy separatyzm i wszystkie momenty wskazujące na to, że umieli łączyć się z wrogami Rzeczypospolitej. Białorusini i Ukraińcy wyrzekli się swej szlachty i stworzonej przez nią Rzeczypospolitej, uznając za swą historię bunty społeczne, powstania kozackie i wszelkie działania polityczne i kulturalne zwrócone przeciwko polskości.".
I na zakończenie - specjalnie dla Don Enrico:
"Przez ponad dwieście lat Europa opierała się o Dniepr i była tam zadomowiona nie gorzej niż na wybrzeżach Atlantyku. Na razie nie wiadomo, czy tam powróci. Wola polityczna Zachodu nie jest ani silna, ani jasno formułowana. Włączenie terenów po Dniepr w ramy Europy Środkowo - Wschodniej uzasadnione jest historią i wolą współczesnych, którzy dzisiaj próbują odbudować tam społeczeństwa obywatelskie. Nie tylko wielki wysiłek odbudowy gospodarczej, lecz walka o wizję przyszłości w oparciu o wybór tradycji zadecyduje o losach tego wielkiego obszaru, stojącego na rozdrożu pomiędzy dość obojętną Europą a nieustępliwie imperialną Rosją".
.


