Różnicę dostrzegam, ale uważam ją za nieistotną. Zabijanie cywilów na wojnie uważam za zło, niezależnie od przyświecających temu zabijaniu celów. Jeśli bowiem zaczniemy waloryzować cele takiego zabijania, to dojdziemy rychło do wniosku, że jedni zabójcy mieli lepsze, a inni gorsze, więc jedni są lepsi, a drudzy gorsi. Idąc dalej - skoro ci lepsi mieli szczytne cele, to środki można usprawiedliwić, a u tych gorszych - potępić. I wychodzi relatywizm moralny.
Wiem, że każda wojna jest brudna, bo walce nieuchronnie towarzyszy rozluźnienie hamulców moralnych, okrucieństwo, zdziczenie, zwyrodnialstwo. To idzie stopniowo, lecz im więcej krwi tym szybciej. Wojna partyzancka jest pod tym względem jeszcze gorsza, a partyzancka wojna domowa, do tego z pewnym podtekstem religijnym i etnicznym, to chyba największy wojenny syf jaki można sobie wyobrazić. Jednocześnie każda wojna rodzi bohaterów, akty odwagi (tej żołnierskiej i tej cywilnej), poświęcenia, humanitaryzmu. Ludzie bowiem nie są ani do końca źli, ani do końca dobrzy. Większość postaci historycznych nie jest jednowymiarowa, ma swoje ciemne strony. Dlatego uważam, że ludzi nie należy oceniać generalnie wedle kryteriów zły/dobry, bohater/morderca, tylko oceniać poszczególne ich czyny.
Dlatego nie usprawiedliwiam ani jednych, ani drugich.
Dlatego staram się nie nie potępiać ani jednych, ani drugich.
Tylko zrozumieć.



Odpowiedz z cytatem