Popełniłem duży błąd odłączając się tak bardzo od grupy.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że stało się to nieświadomie.
Jeszcze przez 2h. słyszałem ich głosy, a przynajmniej tak mi się wydawało
Teraz wydaje się to wesołe, ale dla mnie wówczas nie było zbytnio do śmiechu.
Nie miałem żadnej wody, a pić się chciało tak bardzo.
Rozpuszczałem śnieg między zębami a ustami i tak gasiłem pragnienie.
Nie chciałem bezpośrednio połykać śniegu, aby się dodatkowo nie wychładzać.
Jedyny minus tak pozyskanej wody, to odmrożona dolna warga od wewnątrz.
Idę więc sobie dalej, zmagając się ze śniegiem samotny jak palec.
W innych warunkach samotne wędrowanie bieszczadzkie mi nie przeszkadza, ale teraz, zima, czuje się dziwnie.
Nie jest to strach, bo swój domek mam na plecach, ale wyczuwam dziwny niepokój.
To chyba magia tego miejsca i legenda o trzech potworach zaklętych w skałę na Chryszczatej
Schodząc w kierunku przełęczy napotykam coraz więcej nawianego śniegu i zwalonych buków również przebywa.
Niektóre z nich są tak duże, że muszę je obchodzić wokół.
Marsz w rakietach w sypkim śniegu ma tą zaletę, że pomimo zapadania (płytszego niż przy ich braku) wokół buta tworzy się przestrzeń wolna od śniegu. Noga się tak nie wychładza.
Problemem i to dość dużym jest cofnięcie się
.
Początkowo robię dłuższe przerwy z nadzieją, że reszta grupy w końcu mnie dogoni. Jednak po godzinie 14 zrezygnowałem z czekania.
Próbuje dzwonić, ale w ciągu dnia mamy telefony wyłączone (oszczędzanie baterii) więc nie udaje mi się dowiedzieć, gdzie jest Czapa z Diabłem.
Nie mogłem również w 100% zlokalizować dokładnie mojego położenia, a samemu wolałem nocować na przełęczy.
Wracać się nie miałem siły, poza tym liczyłem, że jednak spotkamy się wszyscy wieczorem na Żebraku.
Brnę po kolana, byle do przodu. co kilkaset metrów rysując różne znaki na śniegu.
Myślę sobie, że jak się w końcu dodzwonię, to przynajmniej będę wiedział jak duża odległość nas dzieli.
I tak rysując wchodzę na zwalonego buka przykrytego śniegiem.
A że były to dwa buki, jeden za drugim, to oba czubki rakiety utknęły mi szczelinie i już walę w zaspę nawianego śniegu głową w dół.
I tak sobie leżę. Ruszyć się nie mogę.
Obie nogi zaklinowane pomiędzy pniami, gdzieś w górze.
Głowa pod śniegiem, dla odmiany gdzieś w dole.
Plecak skutecznie dociskał mnie do ziemi przesuwając się na głowę.
Jedna ręka zaklinowała mi się razem z kijkiem zgięta pod brzuchem.
Na szczęście druga ręka wraz z kijkiem leżała sobie z boku.
Szkoda, że nikogo nie było ze mną bo fajną fotkę bym miał
Nogi w rakietach wystające z zaspy.
Śnieg wciska mi się do ust. Próbuje wstać. Nie mogę.
Trzeba się więc obrócić na plecy, ale nowe plecak położenie plecaka sprawia że mój nowy środek ciężkości jest na wysokości pach.
Ruszam głową na boki, aby złapać więcej powietrza.
Walczę chwilę o uwolnienie drugiej ręki spod brzucha, kijek trochę przeszkadza, ale w końcu udaje się, uff.
Teraz mam dwie ręce wolne, obie z kijkami.
Próbuje się podeprzeć na dłoniach, ale zapadają się głębiej w śniegu.
Leżę bezsilny przyciśnięty plecakiem, rakiety skutecznie klinują się w pniach.
Głowę trzymam w bok i spokojnie oddycham pod plecakiem.
Próbuję ponownie odwrócić się na plecy a chociaż na bok.
Za pomocą kijka odpycham się kilka razy, drugą ręką próbuje ciągnąć za plecak w przeciwnym kierunku.
W końcu udaje mi się przekręcić. Leżę teraz na boku. Czyli jestem uratowany.
Powoli rozpinam paski i zsuwam plecak.
Z trudem uwalniam nogi z rakiet i wstaję.
Jestem cały w śniegu, wystraszony, jest mi zimno.
Oj jak bardzo żałowałem odłączenia się od grupy.
Siadam jednak na plecaku, pecik na pewno poprawi mi nastój.
Znowu próbuje bezskutecznie nawiązać kontakt telefoniczny z grupą.
Zbieram swoje zabawki, zakładam rakiety i nieoglądająca się za siebie ruszam w kierunku przełęczy.
Zaczyna się ściemniać, albo za nastepnym wzgórzem będzie przełęcz, albo rozbijam się gdzie popadnie.
Jestem bardzo zmęczony i chce mi się pic.
Za wzgórzem niestety przełęczy nie było, za następnym też, ani za następnym.
Jeszcze ponad godzina marszu i jestem na przełęczy. A miała być Cisna, no chociaż Wołosań.
Jestem tak zmęczony, że nie mam ochoty na poszukiwanie ukrytego łiskacza, poza tym samemu jakoś tak głupio.
Jest dobrze po 16.
Na przełęczy widać ślady kół, droga była niedawno odśnieżana.
Szybko kopie platformę pod namiot przy podejściu szlaku na Wołosań.
Mam stąd dobry punkt obserwacyjny na druga stronę szlaku.
Rozkładam zabawki, topie śnieg, pierwszą menażkę (dzięki Karolinko) wypijam jak tylko śnieg się roztopił.
Później cztery herbaty jedna po drugiej i do śpiwora.
Włączam telefon, SMS od Piotra.
"Jesteśmy daleko, jeszcze idziemy, ale chyba będziemy nocować, Czapa ma kontuzję"
Zaczynam się martwić, Czapa nigdy nie narzeka, jeśli powiedziała, że ją coś boli, to musi być juz niedobrze.
Próbuje dzwonić, wreszcie około godz. 18 udaje się, dowiaduję się że kolano Czapy nie wygląda dobrze, ale ciągle idą.
Znaleźli jakąś drogę i będą próbować schodzić w kierunku Woli Michowej, jak się nie uda to biwakują na Dziale.
Czapa chce, żeby kolano obejrzał lekarz. Diabeł prosi, abym spróbował wypatrzeć ich czołówki w lesie.
Wychodzę z namiotu, nic nie widać, zaczyna wiać i pada śnieg.
Tragedia!!!
Dzwonię do Eli, informuję ją o naszym położeniu.
Miała być jutro rano w Cisnej, a my dopiero w połowie drogi.
Trzeba szybko weryfikować plany.
cdn...


Odpowiedz z cytatem
