Rano to pojęcie względne, tam nasze rano bywało przed 4:00 i o takiej właśnie godzinie pojawił sie Duńczyk:)
Dodam jeszcze tylko apropo tych pobudek... Jeżeli kiedykolwiek zamierzacie się wybrać z Diabłem w góry to moja naprawdę serdeczna rada: NIE POZWÓLCIE MU ROBIĆ POBUDEK!!!
Cdn.:
Po drastycznych pobudkach itp. postanawiamy podjechać PKSem do Kalnicy i stamtąd ruszyć dalej czerwonym szlakiem, wysyłamy więc Duńczyka na przystanek aby zobaczył co i jak:) No i zobaczył... Po 7 mamy autobus, więc szybkie śniadanko, pakowanko, ja poleciałam podziękować za maść i lecimy na przystanek. A tam... no tak Duńczyk nigdy PKSami nie jeździł, więc wybrał dla nas opcje wakacyjną :P a do tego czasu to chyba wolelibyśmy już nie czekać na tym przystanku:) Czyli mamy jeszcze godzinę do realnego transportu i od razu pada stwierdzenie Panów "po peciku?" tak więc udajemy sie do sklepu na zakupy, peciki... (jezu jak oni mnie terroryzowali tymi pecikami). Czas szybko zleciał więc się ładujemy do (uwaga- niespóźnionego:)) PKSa, tam oczywiście min ludzi zerkających na nasze plecaki nie da się opisać, ale już sie chyba przyzwyczailiśmy.
Dojechaliśmy (miły kierowca wyrzucił nas przy samym szlaku). No to chłopkami po tradycyjnym peci.... grrr... I ruszamy:)
Ja asekuracyjnie ze względu na swoje kolano ruszyłam na przód, zaraz za mną ruszył Diabeł, potem z daleka widziałam Elę z Duńczykiem i zamykał Piotr. Początek całkiem ok, śniegu nie mam po pas:P
Ela wysuwa się na prowadzenie, ktoś musi przecierać szlak dlatego tak sie zmienialiśmy, ale trzeba przyznać, że ta trasa w okresie ferii była całkiem uczęszczana i choć nie spotkaliśmy tam nikogo to sladów było całkiem sporo.
Duńczyk padnięty po podróży widać, że nie zawsze biegnie do przodu.
Przerwa- Panowie-peciki, Panie- potrzeby fizjologiczne, czekolada, herbatka i pniemy się wyżej.
Pogoda nie jest najgorsza, jest pochmurnie,ale widzimy siebie praktycznie cały czas, dosyć ciepło, po rozmowach ekipy wnioskujemy, że ok -5 stopni. Niepokoją nas tylko ciemne chmury idące w naszą stronę. Jednak dzięki 100 % pozytywnemu myśleniu całego naszego zespołu stwierdzamy- przejdą obok:P
I w końcu ok 11 wychodzimy z lasu, przed nami wyłania się on... Biało- skalisty, wyglądający trochę lawinowo, ale zachęcająco- SMEREK.
Nasza ekipa troszczyła się o mnie zawodowo, co chwilę pytali jak kolano, na miejscach bardziej zawianych przecierali szlak także trzeba przyznać, że wspieraliśmy się wzajemnie ( z reszta potem sami zobaczycie przy dalszych relacjach).
Podjeście pod Smerek było bardzo wyczerpujące, stroma ściana, w wielu miejscach pod pięknych ale kurcze zdradliwym puchem białego śniegu wystawały oblodzone kamienie. Nasze plecaki z każdym metrem ważyły coraz więcej. Wtedy myślę sobie: a jednak w Bieszczadach czasem raki by się przydały...
Docieramy na szczyt jest po 12. Wieje, jak to przeważnie na Smerku.
Czekolada, herbatka i po krótkich sesjach fotograficznych schodzimy na Przełęcz.
Zejście idzie już gładko, trzeba uważać tylko na lód.
Widzimy po Duńczyku, że opada z sił. Wiemy, że musimy dojść do zmroku do Chatki, tam zrobimy dłuższą przerwę i przemyślimy sprawę noclegu. Na początku wychodząc mieliśmy te optymistyczne i realistyczne wersje. Sądziliśmy nauczeni doświadczeniem z poprzednich dni, że nocować będziemy musieli na Przełęczy. Chyba jednak będzie dobrze, jedno wiemy wchodząc już na Połoninę Chatka jest pierwszym miejscem gdzie możemy stanąć na dłużej.
Ubieramy gogle, łapawice i stajemy twarzą w twarz z bardzo silnym wiatrem i coraz bardziej ponurymi widokami.
Przetarte- jedno dobre myślimy chyba wszyscy. Tym razem na zdjęcia z Połonin nie ma co liczyć:(
Szlak wydaje sie dłuższy niż zwykle, a przecież każde z nas tak dobrze go zna.
Duńczyk jest wyczerpany, ustalamy, że idzie cały czas w pierwszej trójce.
Tak więc ja z Piotrem zamykaliśmy nasz skład reszta z przodu.
Widzimy podjeście pod Osadzki Wierch... jejku jak tam wieje. Śnieg uderza o krawędź szczytu i ulatuje w powietrze.
Ostatnie zejście- strome, dalej lód trzyma, coraz ciemniej już ok 16 a my dalej idziemy.
Nasz szyk się zmienia. Piotr na prowadzeniu. Diabeł z Duńczykiem na końcu. Widoczność beznadziejna. Sama na podejściu do Chatki zauważyłam ją dopiero jakieś 25 m przed sobą.
Wchodzimy.
5 bigosów i herbaty- prośba do Lutka i Dorotki.
Po chwili docierają nasi przyjaciele. Wykończeni. Każdemu ewidentnie wiatr dał popalić. Krótka narada zespołu- nocujemy w Chatce.
"W schronisku po sezonie"- wiecie jak to jest jak juz dostaliśmy wrzątek, herbatki, obiadki itd i poszła w ruch whisky prosto z Dani:) Kolejna integracja z właścicielami i nie tylko. Obok też impreza (tzn tam chyba byla impreza, bo u nas to były pogaduchy przy "pełniejszej szklance":)). W schronisku spaliśmy z ekipą narciarzy.
Po jakimś czasie dociera do nas Dorotka, opowiadająca o problemach ze swoimi kotami... Dałam jej podpowiedź, żeby pogadała z Diabłem bo przecież on jest weterynarzem (ubaw po pachy:)- potem chciał mnie za to zabić). Musiał sie wybronić jakoś, ale stanęło na udzielaniu rad:)
Po opowieściach zimowo- historyczno- schroniskowych kładziemy się spać...
Cdn


Odpowiedz z cytatem
