Autostopowicz próbuje złapać okazję. Długo nikt nie reaguje na jego rozpaczliwe machanie, wreszcie zatrzymuje się stary żuk z plandeką. Kierowca szerokim gestem zaprasza, szczęśliwy turysta gramoli się do szoferki. Jadą, miło rozmawiają, kilometry uciekają. Ale z każdym kilometrem silnik żuka jakby słabnie, samochód zwalnia, wreszcie staje. Na oczach zmartwiałego z przerażenia pasażera kierowca spokojnie wyciąga spod siedzenia wielki klucz, wysiada z szoferki i... zaczyna z całych sił tłuc nim w plandekę. Robi się koszmarny huk, turysta w szoferce zamiera ze strachu, ale zanim zdąży zareagować, kierowca szybko wskakuje z powrotem do żuka, odpala silnik i auto rusza z kopyta.
Chwilę siedzą w milczeniu, ale znów nawiązuję się rozmowa, turysta oddycha z ulgą, jadą dalej. Ale za jakiś czas samochód ponownie zwalnia, zdycha i staje. Kierowca znów wyskakuje z kluczem, wali w plandekę i wsiada do auta, które chyżo rusza.
Sytuacja powtarza się kilka razy, zanim turysta nabiera śmiałości, by zadać jedyne sensowne w tej sytuacji pytanie:
- O co chodzi?!
Na co słyszy odpowiedź kierowcy:
- Wie pan, wiozę kanarki. Tonę kanarków. Ale auto ma ładowność tylko pół tony. Nie ma siły - drugie pół musi fruwać.