Chronologia się sypie, ale niech będzie: Dzień 4
Od rana zastanawiamy się, co robić. Jest chłodno, zanosi się na deszcz. Wsiadamy do karawanu i jedziemy. Jedziemy drogą, która do niedawna była wyboista, a teraz nie jest. Zostawiam karawan na regularnym parkingu i maszerujemy stokówką, którą można jeździć /nie ma znaku zakazu/. Wędrujemy w stronę doliny, w której przed wojną była spora wieś. Wieś ta słynęła z wielkich odpustów, które odbywały się co roku 13 lipca. Ludzi nie mijamy. Jesteśmy sami. Podziwiając kwitnące jeszcze gdzieniegdzie kaczeńce zbliżamy się do doliny. Po drodze śmigają tylko wielkie auta załadowane drewnem. Sporo się tutaj tnie… Dochodzimy do trzech budynków, które tutaj stoją. Jeden z otwartymi drzwiami, drugi z zamkniętymi drzwiami, a trzeci bez drzwi. Jak zawsze wchodzimy do największego budynku. Chwila odpoczynku na stojących tu ławkach. Jak zwykle wpisuję się do wpisownika. W końcu wychodzimy. Mam zamiar obejść z Renatką dolinę naokoło. Pomocne w tym będą znaki wytyczone przez ekipę Lecha Rybennika kilka lat temu. Idziemy dalej drogą, którą tutaj przyszliśmy. W pewnym momencie znaki nakazują nam skręcić w lewo. Przekraczamy potok i powoli wspinamy się pod górę. Renatka dziwi się, że pomimo panującej tutaj ciszy nie widzimy żadnego większego stwora. Fakt, nie widzimy. Wyraźnie za to widzimy tarasowy układ łąk. Są to ślady działalności ludzi, którzy tutaj mieszkali i uprawiali ziemię przed wielu, wielu laty. Siadamy sobie na łące i się natychamy ciszą i spokojem. Łapiemy w siebie maj… Ruszamy dalej. Pod samym lasem obchodzimy łąki. Pod rosłym drzewem ktoś chyba specjalnie dla nas ustawił ławkę. Jest ławka, to siadamy. Zjadamy zabrany ze sobą prowiant. Objedzeni jednym batonem ruszamy dalej. Znaki prowadzą nas do dosyć głębokiego jaru, który musimy przekroczyć. Później doprowadzają nas do miejsca z wiatą, kibelkami i inną infrastrukturą. Miałem zamiar być w tym miejscu dłużej ale… Otóż niedaleko wiaty rozchodził się straszny smród. Okazało się, ze źródłem tego zapachu były odchody niedźwiedzie. Było tego kilkanaście sztuk. Znaczy się, że raczej jedno zwierze tego nie zrobiło. Po zbliżeniu ręki do odchodów dało się wyraźnie wyczuć ciepło. Rozejrzeliśmy się z Renatka wokoło ze strachem i szybko opuściliśmy to miejsce. Znakowaną scieżką zeszliśmy do drogi. Po drodze minęliśmy starszego jegomościa z wnuczkiem, który szedł w stronę bazy. Nic sobie nie robił z mojej przestrogi i dziarsko pomaszerował dalej. My spacerkiem cały czas natychając się majem wróciliśmy do karawanu. I jeszcze jedno pogoda się poprawiła…..


Odpowiedz z cytatem
