Rozdział IINa wyjazd w Bieszczady z Wojtkiem Myśliwcem umówiłem się już kilka miesięcy temu. Wojtek jest człowiekiem z ogłoszenia ,prawie ogłoszenia typu: lodówkę używaną przyjmę, albo: króliki na chów, futro lub mięso, tanio. Kiedy z WUKĄ zaczęliśmy rozkręcać nasze toruńsko- bieszczadzkie spotkania, WUKA dała ogłoszenie do „Nowości” (największy lokalny dziennik), że w miejscu takim a takim w dniu tym i tym, itd.. Spotkaliśmy się w Kotwicy a przy stoliku obok przycupnął skromnie Wojtek. Kiedy wywnioskował z naszych rozmów, że my to my, dosiadł się. Tak się zaczęła nasza znajomość. Wojtka od dawna ciągnęło w Bieszczady, wcześniej nie był, i, jak to się mówi na wschodzie, tak to my i pojechali. A tak dla kronikarskiej ścisłości- to ja pojechałem ze Stałym Bywalcem, a Wojtek miał dojechać. W toyocie SB po zapakowaniu bagaży, kota, Rysia i mnie nie było już miejsca. Umówiliśmy się, że Wojtek dojedzie do Leska w niedzielę, tam się przenocuje, a na drugi dzień po niego przyjadę. Zadzwoniłem do niego z Radomia, okazało się, że przyjechał dzień wcześniej i właśnie jest w Sanoku. W dodatku jako pracownik muzeum ma darmowy wstęp do innych muzeów. Dzięki czemu mógł zrobić to, na co mnie zawsze brakuje w Bieszczadach czasu, chociaż za każdym razem obiecuję sobie, że to zrobię. Mianowicie obejrzę w końcu wystawę obrazów Zdzisława Beksińskiego.Tak czy inaczej w poniedziałek o 6.15 czasu sękowickiego wsiadłem do autobusu i via Ustrzyki Dolne pojechałem do Leska. Męczył mnie umiarkowany kac, bo poprzedniego wieczora poszedłem do barku przywitać się z Ulą, barmanką.W Lesku spotkałem się z Wojtkiem i ruszyliśmy zielonym szlakiem do Kamienia Leskiego. Miasteczko i kirkut Wojtek zwiedził wcześniej. Kamień Leski, fantastyczne miejsce. Majestatyczna skalna ściana, wkoło zieleń, pomimo bliskości szosy cisza i spokój, butelki, puszki, papierki i inne śmieci pozostawione po „miłośnikach” gór. Na szczycie Kamienia Wojtek wyciągnął żywca. „Ocho”- myślę sobie” czuje klimat”. Oj, przydał się w tym momencie. Widzę, że jest zauroczony miejscem. A kiedy schodziliśmy zauważyłem bardzo fajną rzecz. Kilka metrów nad ziemią w szczelince buka wyrósł mlecz, taki zwyczajny, łąkowy mlecz. Niestety nie kwitł, widok byłby jeszcze bardziej egzotyczny. Nie marudząc długo ruszyliśmy z powrotem, o 12.20 mieliśmy autobus, Wojtek musiał jeszcze iść do Bieszczadnika po duży plecak a po drodze mieliśmy jeszcze zahaczyć o Alfa, by uzupełnić płyny i Biedronkę by uzupełnić prowiant. Tymczasem okazało się, że autobus, którym jeszcze w maju jechałem bezpośrednio do Sękowca, co więcej, wisi w Internecie i na rozkładzie w Bieszczadniku już nie jeździ. Pojechaliśmy zatem do Dolnych i dopiero stamtąd mieliśmy autobus bezpośredni.Mięliśmy też trochę czasu, zaprowadziłem więc Wojtka do fajnej knajpki koło PKS-u. Nazywa się Bar’rock i zawsze gdy tam jestem proszę obsługę o KSU, ponieważ, jak wieść gminna niesie, to o tej knajpie śpiewał Siczka na pierwszej płycie KSU: Siedzę w pustej knajpie, wszyscy już odeszli w ciemną noc/ kelner zbiera szklanki, zaraz mnie wypędzą znowu stąd. Za barem młoda ładna dziewczynka kurząca fajkę za fajką , zgadnąłem więc prawiąc o skutkach palenia papierosów. Obiecała, że się poprawi. Oczywiście tego nie zrobi, ale w końcu to jej zdrowie. Co mnie to obchodzi. A to takie proste. Bodajże to Mark Twain powiedział: Rzucić palenie, nic prostszego. Robiłem to sto razy i zawsze mi się udawało.Refleksja natury ogólnej. Zauważyłem, że znakomita większość z was, których poznaję w Bieszczadach nie pali. Podobnie jest na naszych toruńsko-bieszczadzkich spotkaniach. Coś w tym musi być. Kto pali? Ręka do góry. A teraz wolno na dół na wysokość piersi i proszę kilkakrotnie się w nią rąbnąć.Tymczasem my wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Sękowca


Odpowiedz z cytatem