O pstrągu w Bieszczadach powstał oddzielny wątek. Nie będę się więc o nich rozpisywać, i tak wszyscy je jedliście. Ja nie szalałem wcześniej za rybami, a jedyne jakie jadłem nazywały się .. filety. Dopiero na, hm.., nie na starość, ale też nie na młodość. Powiedzmy na średniość. Dopiero na średniość doceniłem smak ryb. Pewnego razu gdy siedzieliśmy u Wojtka1121 Bernadetta przyniosła pysznego karpia, a teraz dzięki Wojtkowi jadłem smażonego pstrąga. Dla zainteresowanych dodam, że u matki, nie córki.
Gdy jechaliśmy już do Sękowca na drodze między Rajskiem a Studennem przed maskę wyskoczył nam dorodny jeleń z pięknym porożem i pomimo sezonu polowań Wojtek dał po hamulcach, i byczek uszedł z życiem. Obaj wykazali się refleksem.
Po powrocie zobaczyłem, że nie ma jeszcze moich warszawskich kolegów. Wojtek 1121 zaprosił nas do siebie na pożegnalną kolację. Przyszedł też towarzysz Prezydent z Ojcem Prowadzącym. Usiedliśmy na ławce przed domkiem i robiliśmy wszystko, żeby Ojciec Prowadzący został Ojcem Sprowadzanym, a po zapadnięciu zmroku przenieśliśmy się do środka i kontynuowaliśmy nasz proceder. Było bardzo wesoło, aż nie chciało się myśleć o tym, że jutro Wojtek 1121 wsadzi nas w swojego nissana i powiezie do Warszawy.
Zazdrość jest uczuciem podłym i niskim, ale mi nie obcym. Zazdrościłem kolegom tego, że jeszcze mogą zostać. I pewnie gdyby nie panna J. został bym. Wtedy biedny Sabinek nie musiał by jechać w klatce. Jak się później dowiedziałem, Ojciec Prowadzący nie mógł sobie z Kazia kotem poradzić.
Czyżby umoralniał go Radiomaryjnie i kot tego nie mógł znieść?
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)