14 września
Zgadzamy się z kumem na tradycyjny już podział naszych tutejszych obowiązków gastronomicznych: ja przygotowuję posiłki, a on potem zmywa naczynia.
I w ogóle muszę szczerze napisać, że z Rychem w wielu sprawach się zgadzamy i nawzajem uzupełniamy.
Poza, naturalnie, kwestiami światopoglądowymi, w których różnimy się znacznie, oraz politycznymi, w których różnimy się zasadniczo.
Mnie można by nazwać tzw. postkomunistą - w przeszłości byłem w PZPR; od 1990 r. już wprawdzie do żadnej partii nie należę, ale swoje wyborcze sympatie nadal lokuję po stronie SLD lub SdPl. A przecież obie te partie współcześnie nie są ani komunistyczne, ani nawet socjalistyczne, lecz po prostu socjalliberalne i bardzo proeuropejskie. I mnie to odpowiada (mimo że jak patrzę na tego Napieralskiego, to mi kartofle w piwnicy gniją).
Natomiast Rycho jest ... komunistą, choć zapewne nieświadomym tego faktu. Gdy bowiem rozmawiam z Nim na tematy społeczno - ekonomiczne, gdy wysłuchuję Jego szczegółowych "recept" na zreformowanie gospodarki czy likwidację bezrobocia, to odnoszę nieodparte wrażenie, że towarzysze Lenin i Trocki byliby bardzo zadowoleni z tego, co On wygaduje - na razie jako jeszcze "nieuświadomiony klasowo proletariusz". A gdyby zdołał ukryć przed nimi swój radykalny katolicyzm radiomaryjny, to śmiało mógłby się ubiegać o przyjęcie do partii bolszewickiej.
I pomyśleć, że Rycho określa siebie jako przedstawiciela prawicy, a mnie - lewicy. W naszym kraju zaprawdę jeszcze wiele spraw jest postawionych zupełnie na głowie.
Ale do wspólnego zamieszkania, kielicha, czy przede wszystkim górskich wycieczek, Rysiek jest kompanem niezastąpionym. Zgadza się na wszystkie zaproponowane przeze mnie trasy, ma dobrą kondycję. W drodze na szczyt Tarnicy był ode mnie lepszy o 17 minut (szedł tylko 55 min., a ja 1 godz. 12 min. - licząc od punktu kasowego w Wołosatem). Opiszę to odrębnie, gdy w tym moim bieszczadzkim dzienniczku dojdę do daty 3 października.
Dajmy już kumowi spokój (na razie). Łączy nas tzw. szorstka męska przyjaźń - w bardzo pozytywnym słów tych znaczeniu. Znamy się przecież już od końca lat 60. ub. wieku. Facet miał b. trudne dzieciństwo. Takie osoby żyjące kilkadziesiąt lat wcześniej często zostawały zawodowymi rewolucjonistami.
Spożywamy pierwsze bieszczadzkie śniadanie. Kończę też układać swoje klamoty.
Kotek się kompromituje ze szczętem. Nie dość, że w mieszkaniu zachowuje się jeszcze bojaźliwie, to ... w ogóle nie chce wyjść na dwór. I pomyśleć, że to kocur bieszczadzki, pochodzący - wg wersji oficjalnej - z Ustrzyk Górnych, a wg spiskowej - z Tarnawy Niżnej. Gdyby kogoś zainteresowały okoliczności otrzymania go przeze mnie, może o tym poczytać w bieszczadzkiej relacji z ubiegłego roku
( http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=4672., post nr 7 opisujący dzień 10 września ub. r.).
To się jednak już wkrótce całkowicie odmieni. Sabinek nabierze z czasem większej pewności siebie, a nawet odwagi. Być może dlatego, że w irytacji głośno nazwałem go "mysią dupą" i "mysimsynem". Bo to są chyba najstraszliwsze obelgi, jakimi można rzucić pod adresem kota.
Na razie jednak stoi w drzwiach wyjściowych i miauczy przestraszony.
Przyjeżdżają goście, tj. Andrzej627 z żoną Magdą. Na temat piękniejszej połowy Andrzeja trochę już słyszałem i muszę przyznać, iż Ją sobie zupełnie inaczej wyobrażałem ...
Pijemy powitalną kawkę, a następnie wsiadamy do samochodów i walimy na bazar do Ustrzyk Dolnych po niezbędne zaopatrzenie, pochodzące głównie z tzw. małego importu przygranicznego. Obaj z kumem gustujemy bowiem w piwie chmilnym micnym i wódce artemiwskiej. Z tego, co zdążyłem później zauważyć, to i Andrzejowi627 oba te trunki również bardzo przypadły do gustu.
Solidnie się obkupiwszy wyruszamy do Olszanicy po Lucynę.
Wielka Pani Przewodnik otrzymuje do wyboru propozycję jazdy samochodem albo moim, albo Andrzeja. Jestem dumny jak paw, gdyż wybiera mój. Ukradkiem zerka na Rycha, ów widać zdaje ten wstępny, wizualny egzamin (wyglądem nieco przypomina Chucka Norrisa), więc Lucy woli jechać z nami. Już za parę godzin bardzo się rozczaruje, ale na razie jest jeszcze tego nieświadoma.
Jedziemy aż do Mucznego. Tam dochodzi do umówionego spotkania z Izą i Piotrem.
Jest prawie godz. 15-ta, a więc dnia na wędrówkę nie pozostało nam już zbyt wiele. Zgodnie z wczorajszym ustaleniami telefonicznymi z Lucyną, namawiamy wszystkich na wspólny spacerek do Dydiowej. Iza i Piotr się zgadzają, natomiast Magda i Andrzej - nie. Trudno, zatem żegnamy się z nimi.
Podjeżdżamy dwoma samochodami (Izy i moim) w kierunku Stuposian, ale tylko do miejsca wypału węgla drzewnego. Tam pozostawiamy nasze automobile i w pięcioosobowym składzie wędrujemy sobie ścieżką do Dydiowej.
Pogoda piękna. Po dojściu na miejsce pasiemy wzrok widokiem tej pięknej nadsańskiej doliny. Wpisujemy się do zeszytu w chatce, a potem pokonujemy pagórek i wędrujemy obok ... (ugryzłem się teraz w język) nad sam San. Jest tam w zachodzącym słońcu wręcz przecudnie.
Niestety czas już wracać.
Idę wraz z Izą i Piotrem, a ok. 200 metrów za nami Rysiek z Lucyną. Prawi Jej jakieś umoralniająco - religijne gadki, aż Lucy z trudem tłumi wściekłość. Czuję na plecach Jej palący wzrok - kogóż ja Jej przyprowadziłem ?
A my z Piotrem spokojnie sobie dyskutujemy, na ogół omijając tematy mogące nas poróżnić (VIII KIMB oraz funkcjonowanie dwóch bieszczadzkich forów internetowych). Myślę, że od dziś damy już sobie nawzajem spokój. Ja w każdym razie pierwszy nie wznowię naszego małego, byłego już (mam taką nadzieję) konfliktu.
Podjeżdża do nas na quadach Straż Graniczna. Zaczynam tak: "Nie znajetie wy, to uże Polsza ili jeszczo Ukraina? My tak idiom i idiom, uże oczeń dołgo..."
Na szczęście (dla mnie) znają się na żartach, zresztą pewnie niedawno przejeżdżali obok wypału węgla drzewnego, gdzie stoją nasze samochody z gdańską i warszawską rejestracją.
Pograniczników informujemy również, że za nami wlecze się jakaś podejrzana para, wyglądem przypominająca uchodźców z Zakaukazia (zwłaszcza kobieta). Ale też i na to funkcjonariusze nie dają się nabrać - widocznie od dżentelmena zatrudnionego przy wypale uzyskali dokładną informację operacyjną, kto zacz i w jakiej liczbie polazł był niedawno w kierunku Dydiowej.
Przy szosie żegnamy się, już na dłużej, z Izą i Piotrem (jutro opuszczają Bieszczady) oraz na znacznie krócej z Lucy. Lucyna jest tak wściekła na Rycha, że obowiązkiem odwiezienia Jej zaszczyca nie mnie, ale Izę.
A po powrocie do Sękowca lekko się z Rychem upiliśmy, tj. zbytnio zakropiliśmy naszą kolację. Testowaliśmy zakupioną artemiwską. Skutkowało to znacznym ograniczeniem naszych planów wędrówkowych w dniu jutrzejszym, ale o tym będzie mowa w następnym odcinku.
Kot czuje się już dobrze, obwąchał i dokładnie zaznaczył całe zajmowane przez nas piętro leśniczówki. W celu zaznaczenia tego swojego nowego terytorium stosował na szczęście tylko tzw. ocieractwo sierścią na szyi i karku. A potem wlazł mi do łóżka, wpakował się na poduszkę i spaliśmy nosek w nosek.
O Piskalu wiem dziś tylko tyle, że raniutko udał się do Leska po Wojtka Myśliwca, z którym mieli przyjechać do Ustrzyk Dln., gdzie planowaliśmy się wszyscy spotkać. Ten zamiar pokrzyżowały im, zdaje się, jakieś zmiany w rozkładzie jazdy PKS. Gdy zatelefonował do mnie z Leska, właśnie jechaliśmy do Mucznego na umówione spotkanie z Izą i Piotrem.
CDN
.


