17 września
Mamy dziś w planie pieszą wycieczkę z Sękowca przez Otryt do Lutowisk i powrót autobusem PKS (wieczornym kursem z Lutowisk o godz. 19:33). Tak się wszyscy wczoraj umówiliśmy.
A z niektórymi kolegami to nawet wcześniej niż wczoraj. Bowiem z Wojtkiem1121 i Andrzejem627 tę trasę zaplanowaliśmy sobie jeszcze przed przyjazdem w Bieszczady.
Niezupełnie nam to wyszło. Ale po kolei.
Już rano odnotowuję fizyczną niedyspozycję trojga niedoszłych uczestników dzisiejszej wyprawy:
1) Gosia nie idzie, gdyż napuchła Jej buzia po wczorajszej "wywrotce" pod domem,
2) Piskal nie idzie, pomimo że wczoraj to On był sprowadzającym, a nie sprowadzanym, po kultowych schodach ośrodka w Sękowcu - chyba się za bardzo zmęczył owym sprowadzaniem,
3) Rycho (Ojciec Prowadzący) nie idzie, ponieważ jeszcze nie wytrzeźwiał.
Mamy więc nieco przerzedzone szeregi, ale za to z nieuszczuplonym podstawowym składem kadrowym: Wojtek1121, Andrzej627, Jurko, Wojtek Myśliwiec i ja. Czyli pięciu wspaniałych.
Z Sękowca wędrujemy stokówkami aż na grzbiet Otrytu, tam wchodzimy na ścieżkę oznakowaną niebieskim szlakiem i maszerujemy nią przez cały Otryt do Chaty Socjologa.
Znam tę trasę b. dobrze, idę nią już n-ty raz. I za każdym kolejnym razem spostrzegam, iż jest ona "ta sama" ale nie "taka sama". Mimo że chodzę tędy zawsze o jednej porze roku. Z roku na rok ścieżka staje się coraz szersza, bardziej wydeptana, a nawet porozjeżdżana. I pomyśleć, że jeszcze 10 lat temu była tu tylko wąska wijąca się ścieżynka, a na drzewach przy niej można było zobaczyć ślady wydrapane pazurami niedźwiedzi. Owa zmiana na niekorzyść bardziej wynika z prowadzonej gospodarki leśnej (ścinka, zrywka i zwózka) niż ze wzmożonego ruchu turystycznego, o ile w ogóle można mówić o jego wzmożeniu na leśnym paśmie Otrytu.
Zasiadamy sobie pod wiatą tuż przy Chacie Socjologa, zjadamy i wypijamy nasze podróżne zapasy, po czym podejmujemy decyzję o zmianie dalszej części trasy. Rezygnujemy z zejścia zielonym szlakiem do Lutowisk.
Zamiast tego udajemy się wprost do Chmiela. Schodzimy tam ścieżką historyczno-przyrodniczą. I chyba nie dokonaliśmy złego wyboru, przynajmniej pod względem widokowo-krajobrazowym. Ścieżka (chwilami wśród traw niewidoczna) wiedzie nas malowniczą okolicą, prawie bez śladów ludzkiej działalności. Gdyby nie kolejne i ponumerowane "przystanki" na tej ścieżce, obowiązkowo z ławeczkami dla zmęczonych turystów, byłoby tu całkiem dziko.
Zeszliśmy na sam dół, aż do początku wiejskiej drogi. Obszczekiwani przez psy wędrujemy przez cały Chmiel aż do "wielobranżowego" sklepu na skrzyżowaniu. Tam rozsiadamy się wygodnie na tarasie i rozkoszujemy smakiem piwa. Piskal, żałuj, że się z nami nie zabrałeś.
Upływa czas - mierzony nie ilością przesypywanego w klepsydrze piasku, lecz piwa sączonego z coraz to kolejnej butelki. To bardzo, bardzo fajne uczucie - zejść z gór i pić piwo. Prawda ?
Dochodzi godzina 17-ta. Cóż to oznacza ? Ano to, że pani sklepowa już zwija na dziś swój interes. Możemy wprawdzie dokupić piwa i jeszcze tu trochę posiedzieć, ale ... potem będziemy musieli dyrdać pieszo dokładnie 4 km po asfalcie do Sękowca.
Andrzej627 zdaje więc egzamin ze sprawności organizacyjnej. Udaje się na krótką rozmowę z szefową tego właśnie zamykanego wiejskiego interesu i wraca do nas z informacją, że oto załatwił nam powrotny transport.
Ładujemy się do sporego dostawczego samochodu, a pani sklepowa zawozi nas wprost do Sękowca. Trochę po drodze trzęsie i jest niewygodnie (siedzimy na podłodze tego karawanu), ale przecież trwa to tylko kilka minut
I tak się skończyła moja pierwsza, dłuższa wycieczka bieszczadzka podczas tego pobytu.
CDN
.


