Dzień szósty. Dzisiaj mamy w planach Połoninę Czarną. Pogoda już nie taka ładna jak wczoraj. Żegnamy się z kwaterą, zakupy i wio w trasę. Na Gropę biegnie teraz czarny szlak z Rafajłowej. Oglądając mapę z tym szlakiem doznałem deja vu. Sześć lat temu gdy jeszcze nie było szlaków i trzeba było kombinować z mapą i kompasem szedłem na Gropę i teraz normalnie jakby po tej mojej trasie szlak zrobili.
Droga na Gropę biegnie do samego podnóża doliną i w miarę po płaskim. Patrząc na stan mojego żołądka nie miałem nic przeciwko. Po dojściu do podnóża jest fajne wrażenie ogromu i stromizny góry na którą trzeba się wdrapać. Przy kolibie robimy odpoczynek, posiłek i takie tam.
Czas w końcu zrobić jakąś wysokość. Ścieżka biegnie średniostromo ale mozolnie pod górę a ja już po chwili czuję się jakby ktoś ze mnie powietrze spuścił. Totalnie nie mam siły i wlokę się niesamowicie, żołądek swoje zrobił. Powyżej linii lasu już nieco łagodniej droga prowadzi grzbietem przez łąki i kosówkę. Jakoś wymęczyłem dzisiaj tę górę. Szukamy miejsca na biwak. Gdzieś tutaj, pod Durną jest podobno źródło. Źródła nie znajdujemy ale wodę tak, co prawda stojącą ale wygląda w miarę czysto. Rozbijamy się koło tej "kałuży". Ryzykujemy i pijemy wodę po przegotowaniu. Nikomu nie zaszkodziła.
Po zachodzie słońca niebo staje się czyściutkie. Pełno gwiazd i łysy. Z tym optymizmem kładziemy się spać.
Ciąg dalszy nastąpi...





Odpowiedz z cytatem




















